
"Bierzemy udział w referendum. Pamiętajcie (…) to jest nasze miasto, to się mu od nas zależy!" – tak na krążącym po sieci filmie mówi posłanka PO Iwona Śledzińska-Katarasińska. Tyle że apel ten dotyczył nie referendum w Warszawie, a w Łodzi, z 2010 roku. Dziś pani poseł nie ma zamiaru zachęcać do głosowania. – Hipokryzja? Nie, po prostu to była inna sytuacja – mówi.
REKLAMA
W 2010 roku łódzkim politykom PO tak bardzo zależało na odwołanie ówczesnego prezydenta miasta Jerzego Kropiwnickiego, że nagrali spot, w którym zwrócili się do mieszkańców z apelem o udział w referendum. Sytuacja była podobna jak teraz w Warszawie, bo przeciwni Kropiwnickiemu samorządowcy bardzo martwili się o frekwencję. Ostatecznie udało się przekroczyć wymagany próg i prezydent został odwołany, ale jego rywale sporo namęczyli się, by zachęcić wyborców do wizyty przy urnie.
We wspomnianym spocie posłanka Śledzińska-Katarasińska mówi wręcz, że udział mieszkańców w referendum "po prostu się miastu należy". Krzysztof Kwiatkowski, były poseł PO, a dziś bezpartyjny prezes Najwyższej Izby Kontroli przekonuje, że idzie na referendum, bo "łódź jest pięknym miastem i zasługuje na dobrego gospodarza". Udział wziął także Cezary Grabarczyk, były minister transportu, obecnie wicemarszałek Sejmu. Z uniesionym w górę kciukiem zachęca: "Idźmy głosować".
Referendum w Warszawie wyzwala jednak zupełnie odmienne deklaracje polityków rządzącej partii. – W Łodzi było wiadomo, że będzie rządził komisarz, a w Warszawie przyszłość to niewiadoma. Bez sensu, jeśli jedynym i wyłącznym celem referendum jest odwołanie nielubianego prezydenta – stwierdza Śledzińska-Katarasińska.
Czy tamte wypowiedzi o referendum w Łodzi świadczą o hipokryzji i obłudzie? – W żadnym wypadku. Sytuacja była taka, że referendum stało się koniecznością. Ja w dzisiejszych warszawskich realiach się nie orientuję, nie jestem stąd, więc nie powinnam się wypowiadać – odpowiada.
W rozmowie z portalem braci Karnowskich przekonywała także ostatnio, że zawsze będzie namawiała obywateli do chodzenia na wybory, tyle że w tym wypadku o wyborze nie ma mowy: "Tu jest cel: odwołać. Co dalej? Magma, nie wiadomo. Tu nie ma wyboru. Gdyby był wybór prawdopodobnie nastawienie warszawiaków byłoby inne. Z tego, co mi się wydaje, zachwyceni, żeby się angażować w cudze awantury, nie są. Ja się za mieszkańców Warszawy jednak nie wypowiadam, bowiem ja tu nie mieszkam..." – mówi.
Nie tylko posłowie PO zmienili zdanie w sprawie referendum. Przy okazji głosowania nad losem Kropiwnickiego prezes PiS Jarosław Kaczyński zniechęcał do udziału, mówiąc, że gdyby był łodzianinem w ogóle nie oddałby głosu. Dziś jest za odwołaniem Gronkiewicz-Waltz i oburza się próbami obniżania frekwencji.
