
Rafał Królikowski jest świetnym aktorem filmowym, teatralnym i telewizyjnym. Szczególnie dobrze sprawdza się na styku dwóch ostatnich środowisk, czyli w teatrze telewizji. Często zdarza mu się grać role intrygujących amantów. Z tego właśnie powodu poprosiłam go o kilka rad na temat zdobywania kobiet z klasą. Co ciekawe, aż do dnia spotkania, nie miałam pojęcia o tym, że nie byłam pierwsza. Swoją żonę, dziennikarkę Dorotę Mirską, Rafał poznał kilkanaście lat temu, kiedy umówiła się z nim na przeprowadzenie wywiadu o... sztuce uwodzenia. Jak widać, jej ówczesny, a zarazem mój dzisiejszy rozmówca, był bardzo dobrze przygotowany.
REKLAMA
Zabawne – swoją żonę poznał pan w trakcie... wywiadu o uwodzeniu. Nie miałam o tym pojęcia, kiedy dzwoniłam z propozycją. Dzisiejsza rozmowa raczej nie skończy się w ten sam sposób...
Moja żona na pewno też ma taką nadzieję (śmiech).
Jak to się stało, że pan ją wtedy uwiódł?
Byłem w trakcie przygotowywania się do roli w „Ślubach Panieńskich”, gdzie grałem Gustawa, czyli koronnego uwodziciela polskiej literatury. On fantastycznie podrywał słowem, rozmawiając z kobietami w strasznie zawiły sposób. Już wtedy, prawie 20 lat temu, wydawało mi się to zbyt trudne i archaiczne, bo już nikt w taki sposób nie romansuje. Ale udało mi się wejść w schemat. Musiałem pokochać ten sposób flirtowania.
I to była pańska tajna broń?
Nie tylko – przeważyła historia sztuki (śmiech). Spotkałem się ze swoją przyszłą żoną, kiedy tak jak pani wspomniała, dostała zlecenie żeby zrobić ze mną wywiad na ten temat. Zobaczyłem piękną, młodą kobietę i zaśmiałem się w duchu myśląc, że przecież nie mogę z nią o tym rozmawiać i nie będę odkrywał swoich kart. Rozmawialiśmy na wiele różnych tematów, które nas wspólnie zajmowały. Głównie filmy i teatr. Aby zrobić autoryzację, zaprosiłem Dorotę do Muzeum Narodowego na wystawę wybitnej malarki, Meli Muter, którą akurat przygotowała moja profesor, jeszcze ze szkoły teatralnej.
Pokazała mi tę wystawę przed otwarciem, opisała całą historię, jaka zawierała się w obrazach Meli i starałem się to później dokładnie przekazać mojej przyszłej żonie. Była pod dużym wrażeniem. Na szczęście przyznałem się, że wcześniej dostałem taką lekcję od mojej profesorki i nie wymyśliłem tego sam, co jeszcze bardziej ja ujęło. Doceniła to, że nie staram się być taki, jaki nie jestem.
Czyli warto postawić na szczerość, aby mieć lepszy start?
Tak, szczególnie w poważnych związkach musimy się opierać na szczerości i zaufaniu. Inaczej nie osiągniemy porozumienia i bliskości. Z drugiej strony nie można się od razu otwierać. Kobieta zawsze musi być tajemnicza – jeżeli odkryjemy wszystkie karty, to przestaniemy wzbudzać zainteresowanie. Są tajemnice, które należy zachować dla siebie, są takie granice, jakich nigdy nie można przekraczać, nawet w stałych związkach. Każdy ma momenty, gdy chce być sam. Należy dać partnerowi trochę wolności, nie być za bardzo wścibskim i zaborczym.
W jaki sposób sprawić, żeby miłość w trakcie długiego związku nie wygasła?
Trzeba starać się być non stop atrakcyjnym dla drugiej osoby. Stale się rozwijać, starać się zaciekawiać i zaskakiwać siebie i tę drugą osobę. Należy zachować też sferę dla siebie, żeby nie odkrywać wszystkich kart, żeby nie zasiąść w jakimś fotelu i nie usnąć. Bo wtedy umrzemy. I związek też umrze.
21 września, w Teatrze Polskim, będzie miała miejsce premiera sztuki „Listy na wyczerpanym papierze", opartej na książce o tym samym tytule z panem w roli Jeremiego Przybory. Czy może pan powiedzieć czytelnikom, którzy dopiero się z nią zetkną, o czym ona opowiada?
Zawiera listy i fakty związane z wielkim romansem Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory. Trwał on w latach 1964-1966. Przybora był wtedy u szczytu sławy i popularności, natomiast Osiecka miała już za sobą pierwsze ogólnopolskie sukcesy - między innymi jej „Okularnicy” zdobyli nagrodę Grand Prix na festiwalu w Opolu. Listy, które po tym romansie zostały, Jeremi Przybora przekazał Magdzie Umer. Nie zniszczył ich, bo uznał, że mają ogromną wartość literacką.
Co pana najbardziej urzekło w tych listach?
Przede wszystkim ciekawość i podziw dla języka, którym Osiecka i Przybora się porozumiewali oraz tego, z jaką klasa opowiadali tym, co czują. Listy są pełne przepięknych uczuć. Opisują niezwykły los związku, który trwał przez dwa lata. Bardzo dużo działo się między nimi w trakcie tego romansu - był niesamowicie burzliwy. Obydwoje wyjeżdżali na kilka miesięcy za granicę, poznawali nowych ludzi, co nie zawsze podobało się drugiej stronie. Cierpieli z tęsknoty i z miłości. Przybora wydzwaniał do Osieckiej, pisał pełne emocji, dramatyczne listy. Wlewał w nie cały swój poetycki kunszt.
Czy z tej lektury nauczył się pan czegoś, jeżeli chodzi o sposób rozmowy z kobietą?
Myślę, że tak. Mam już swoje lata i jestem już pod tym względem ukształtowany. Jeremi Przybora był postacią, która przenosiła w czasy przedwojenne, taki trochę pan z przeszłości - niezwykle elegancki, kulturalny, dowcipny i inteligentny. Obcując z takimi ludźmi nawet na płaszczyźnie literackiej, człowiek się ubogaca i tym wszystkim naciąga.
Uważa pan, że przedwojenny styl uwodzenia był piękniejszy? Czy kiedyś mężczyźni podrywali lepiej?
Nie odbierałbym uroku naszym czasom, ale faktycznie, tamto pokolenie zwracało wielką uwagę na słowo. Dziś takiego rodzaju zabawy jak flirt prawie się nie uprawia. Pani pokolenie coraz szybciej się komunikuje, stawia na konkrety i dogaduje się lepiej, niż pokolenie, które reprezentowali Przybora i Osiecka. Z drugiej strony, oni wszystko pięknie ubierali w słowa, zupełnie inaczej, niż robi się to teraz.
Właśnie – tych pięknych słów jako kobiecie mi brakuje. Jak pan sądzi: więcej można osiągnąć słowem, czy działaniem?
To wszystko zależy od „obiektu”, na którym się skupiamy. Myślę, że to bardzo indywidualna sprawa - są kobiety na które bardziej działa słowo, a są tez takie, które oczekują czynów i konkretów. Trzeba dostosować swój styl działania (śmiech).
Czasem jednak wydaje mi się, że moje pokolenie, nie tyle nie wie w jaki konkretnie styl wybrać, co nawet nie chce podejmować działania. Czy inspirowanie się przeszłością w czymś pomoże?
Trzeba wypracować nowe wzorce. Nie ma potrzeby ślepo naśladować naszych przodków, ale można skorzystać z ich wiedzy. Warto przede wszystkim słuchać drugiego człowieka – musimy sobie dać szansę na rozmowę, nie bać się kontaktu. Nie uciekać w elektronikę. Dużo młodzieży w miejscu, w którym właśnie jesteśmy (kawiarnia Latawiec – przyp. red.) wyciąga komórki i sprawdza, co nowego w sieci, zamiast ze sobą rozmawiać.
Jak pan wspomina swoje pierwsze dojrzałe uczucie?
Nie wiem czy ono było takie bardzo dojrzałe... Pierwsze uczucie miało miejsce chyba w pierwszej albo drugiej klasie szkoły podstawowej – to była moja koleżanka z podwórka. Bardzo dobrze nam się bawiło i rozmawiało, mieliśmy wiele tematów do przedyskutowania. Oświadczyłem mojej mamie, ze prawdopodobnie to będzie moja żona. Mama się oczywiście uśmiała, ale mnie się wydawało, że to coś wielkiego
A czy ma pan jakieś rady dla ludzi w moim wieku, czyli dwudziestolatków, na to jak uwieść kobietę z klasą?
Nie jestem jakimś nauczycielem, albo mentorem i nie podjąłbym się kierowania młodymi ludźmi. Sądzę, że oni wiedzą dużo lepiej niż ja, jak porozumieć się ze swoja rówieśnicą, czym wzbudzić jej zainteresowanie...
Ale chociaż taki jeden mały sposób, jedna mini-rada?
Myślę, że taką najistotniejszą rzeczą jest empatia. W ogóle każdemu z nas przyda się taka umiejętność rozumienia uczuć drugiego człowieka – tego, co ta druga osoba może myśleć, czego oczekiwać, co może jej się podobać. A jeżeli posiądziemy taką wiedzę, będzie nam się lepiej porozumiewało z drugim człowiekiem. Na każdym polu, a szczególnie uczuciowym.
