Związkowcy podczas przemarszu pod Sejm 11.09.2013.
Związkowcy podczas przemarszu pod Sejm 11.09.2013. Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta

Wielu warszawiaków szykowało się na związkowe protesty jak na najazd barbarzyńskiej armii, która zablokuje i zdemoluje stolicę. Sami związkowcy twierdzą jednak, że zostali przyjęci całkiem życzliwie: – Ludzie machali nam z okien, podchodzili do nas, gratulowali – mówią nasi rozmówcy.

REKLAMA
Obaw przed weekendowymi protestami było niemało. Wizja fruwającego w powietrzu bruku i płonących opon opanowała wyobraźnię wielu mieszkańców stolicy. Atmosferę dodatkowo podgrzały głośne słowa Hanny Gronkiewicz-Waltz, która ostrzegała, że warszawiacy staną się zakładnikami związkowców.
W podobnym tonie wydarzenia ostatnich dni relacjonowało wielu dziennikarzy, podkreślając wrogość związkowców wobec wszystkich, którzy nie mieli na sobie związkowych emblematów i charakterystycznych odblaskowych kamizelek. Internauci skarżyli się zaś na hałasy, pijaństwo i korki na głównych ulicach miasta.
Z drugiej strony pojawiały się też głosy świadczące o tym, że przyjezdni związkowcy i postronni warszawiacy bynajmniej nie wchodzili sobie w drogę. Okazuje się, że momentami bywało bardzo sympatycznie. Portal niezalezna.pl uchwycił np. moment, w którym związkowcy składali życzenia i śpiewali “Sto lat” parze młodej biorącej ślub w kościele św. Anny przy Krakowskim Przedmieściu.
Ponieważ w internecie lepiej słychać było głos mieszkańców stolicy, my postanowiliśmy porozmawiać z drugą stroną, czyli związkowcami, którzy w ostatnich dniach protestowali w Warszawie. Czy stolica okazała się dla nich gościnna, czy może jednak zostali przyjęci chłodno?
Licznie i spokojnie
Wojciech Obremski z Regionu Zagłębie Miedziowe NSZZ "Solidarność" w czasie ostatnich protestów był odpowiedzialny za przygotowanie fotorelacji, dzięki czemu, jak twierdzi, miał szansę dokładnie przyjrzeć się przebiegowi manifestacji. W rozmowie z naTemat mówi, że ten protest był nie tylko największy, ale i najspokojniejszy od wielu lat.
Wojciech Obremski
Region Zagłębie Miedziowe NSZZ "Solidarność"

Kiedyś zdarzało się, że w czasie manifestacji przechodnie wyzywali nas od nierobów i warchołów. Tym razem było inaczej, spotkaliśmy się z bardzo pozytywnym odbiorem. Ludzie machali nam z okien, uśmiechali się.


Jan Sierżęga z Rady OPZZ Województwa Podkarpackiego miał takie same odczucia, choć przyznaje, że na ulicach nie było widać zbyt wielu mieszkańców: – Pewnie słysząc o protestach inaczej zaplanowali sobie weekend – ocenia.
Z kolei Andrzej Kubas z Zarządu Wojewódzkiego Forum Związków Zawodowych Województwa Podkarpackiego podkreśla, że z sympatią do protestujących odnosili się głównie ludzie starsi: – Bili nam brawo, poklepywali po plecach, pokazywali palcami symbol wiktorii – mówi Kubas.
Miła policja i imponujący stadion
Związkowcy podkreślają też, że wizyta w Warszawie była dla wielu z nich przeżyciem nie tylko ze względu na samą manifestację: niektórzy mieli szansę po raz pierwszy być w stolicy. Choć, jak mówi Jan Sierżęga, wolnego czasu nie było za dużo, a związkowcy starali się nie chodzić po mieście samotnie, okazuje się, że niektórym udało się nawet… zwiedzić Stadion Narodowy.
– Trochę pochodziłem po mieście. Wieczorem oglądaliśmy nowy stadion. Chociaż miałem na sobie kamizelkę, nikt się na mnie krzywo nie patrzył. Ludzie myśleli, że przyjechaliśmy palić i mordować, ale szybko zobaczyli, że było inaczej – przekonuje Zbyszek Klich z Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego NSZZ „Solidarność” w Tarnowskich Górach. Na Narodowym był też Andrzej Kubas: – Budowla robi ogromne wrażenie. Byliśmy w 20 osób, więc weszliśmy na bilet grupowy – śmieje się nasz rozmówca.
Ze wszystkich rozmów przebijają się też wyrazy uznania dla policji, która nie prowokowała, kierowała ruchem, pomagała. Czy ten idylliczny obraz manifestacji jest jednak w stu procentach prawdziwy? Zapewne nie. Bo wbrew słowom protestujących były i petardy, i alkohol, i palenie opon (choć podobno tak naprawdę tylko jednej). W oczach związkowców protest był jednak wyjątkowy udany: wielu z nich podkreśla, że przypominał im atmosferę lat osiemdziesiątych.
– W Warszawie byli nie tylko działacze związkowi, ale i wiele osób z nimi nie związanych. Ze mną przyjechało dwóch synów. Widziałem, jak bardzo byli wzruszeni biorąc udział w tak ogromnym pochodzie – przyznaje Jan Sierżęga.