Zdjęcie zrobione przez korespondenta wojennego w Afganistanie.
Zdjęcie zrobione przez korespondenta wojennego w Afganistanie. Fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta

Od kiedy istnieją nowoczesne media, na liniach frontu obok żołnierzy pojawiają się ludzie z notesami, kamerami, dyktafonami, magnetofonami, czy jakimkolwiek innym sprzętem służącym nagraniu i przekazaniu informacji. To korespondenci wojenni.

REKLAMA
Jeśli się zastanowicie, to skojarzycie ich twarze z TV, Internetu. Może skojarzycie ich głos. Albo jakiś inny charakterystyczny element. Ci ludzie nadstawiają głów, byśmy w wiadomościach mogli zobaczyć wściekły tłum na placu Tahrir, czy zagazowanych Syryjczyków. Kiedy więc dowiedziałem się, że Ministerstwo Obrony Narodowej organizuje kurs przygotowujący dziennikarzy do wyjazdów, powiedziałem sobie, że muszę się tam znaleźć. Że dla mnie, młodego dziennikarza jest to jeden z punktów do absolutnej realizacji na mojej tegorocznej checkliście. No i zrealizowałem go.
Do kieleckiego Centrum Przygotowań do Misji Zagranicznych dotarliśmy w poniedziałek, 9 września. W sumie – 14 osób z różnych stron Polski i różnych redakcji. Dziennikarzy, fotografów, operatorów. Łączył nas stosunkowo młody wiek. Najstarszy z nas miał może 35 lat. Cztery kobiety, dziesięciu facetów. Wszyscy cokolwiek stremowani, bo choć zarys zajęć został nam przedstawiony, to szczegółów mieliśmy się dowiedzieć na miejscu. Różniliśmy się od siebie doświadczeniem. Niektórzy już bywali w punktach zapalnych — w Izraelu, na wzgórzach Golan. Ja nie. To dopiero przede mną.
Kiedy dojechaliśmy, rozlokowano nas w dwuosobowych „bichatach” – takich samych, jak w Afganistanie, Bośni, czy Mali. Mały, dwuosobowy blaszany barak z klimą. Szafki, łóżka, krzesła, jakiś stolik. Spartańsko. Plan dnia ściśle rozpisany i obłożony wojskowymi nawykami. Posiłki – na czas. Śniadanie o 7 rano, obiad o 14, cztery godziny później – kolacja. Jak się nie załapałeś – twój pech. Jak sądzicie, z jaką myślą może zasypiać rozwydrzony dziennikarz, przyzwyczajony do względnego sobiepaństwa?
Kurs podzielony był na część teoretyczną i zajęcia praktyczne. Zaczęliśmy od wykładów. Prowadzone tak przez cywili, jak i wojskowych. Ludzi, którzy wojnę widzieli nie tylko na zdjęciach z Onetu, czy migawkach w TVN24. Jak cywile – to doświadczeni korespondenci, po kilku – kilkunastu wyjazdach. Np. Rafał Stańczyk z TVP. Albo Wojciech Mąkola, były żołnierz z przeszłością misyjną, służący w działaniach CIMIC (CIvil – MILitary Cooperation; współpraca wosjkowo – cywilna). No i żołnierze. Weterani Iraku i Afganistanu - żołnierze z bojówek. Ci, którzy prowadzili patrole i w nich uczestniczyli. Jako dowódcy, ganerzy na wieżach Hummerów i MRAP-ów. Tych ludzi słuchało się z zapartym tchem, bo oni wiedzieli, co mówią. Twardzi, zahartowani. Wiedzieli co i jak chcą przekazać. I niejedno widzieli. Także rany i śmierć kumpli, z którym na ten patrol wyruszyli.
Aby nikt nie miał wątpliwości gdzie jesteśmy i co robimy, wydano nam kamizelki kuloodporne i hełmy. W sumie jakieś 14 kg. Niby niedużo, prawda? Na początku wszyscy mieliśmy ubaw. Poczuliśmy się tacy prawdziwi! Ale spróbujcie w czymś takim spędzić cały dzień. Ciężkiej, krępującej ruchy zbroi. Ale ta zbroja może uratować życie.
Nie dano nam spokojnie przespać nocy. Któregoś razu, w środku nocy ze snu wyrwały nas padające na terenie kampu granaty hukowe, wycie syreny i wściekły ryk dowodzącego kursem kapitana: „SCHRON, SCHRON, SCHRON!!!”. W takiej chwili nieważne czy śpisz, czy siedzisz na sedesie, jak najszybciej łapiesz kamizelkę, hełm, buty (opcjonalnie) i gonisz ile sił w nogach do najbliższego schronu. Bo wiadomo, że w bazie dzieje się coś złego – na przykład poleciały rakiety. Nie ma żartów. Od mojej bichaty do schronu było około osiem metrów. Ale kiedy w połowie śpisz, kiedy dookoła walą petardy i wszystko jest zadymione – tracisz orientację. W prawdziwej bazie nie możesz sie zgubić.
Potem znowu ruszyliśmy w teren. Mżyło od orana. Wszystko było mokre. Hummery, żołnierze, którzy pokazywali nam jak postawić nogę, żeby jej nie stracić, budynki, do których wchodziliśmy i wychodziliśmy. Później w planie była wycieczka do lasu, w planach elementy survivalu. Byłoby to fajne, gdyby nie było tak mokro. W szarej, ponurej jak kontakt ogniowy mżawce kleciliśmy te nasze krzywe szałasy i jeszcze bardziej krzywe filtry do wody. Spróbujcie rozpalić ognisko z mokrego drewna. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że obserwujący nas żołnierze mieli niezły ubaw i z trudem tłumili uśmieszki.
Prawdziwa zabawa zaczęła się w czwartek. Zamiast stołówki – suche racje wojskowe. Wyjazd na patrol. Spotkanie ze „starszym” afgańskiej wioski (swoją drogą w realiach podkieleckiej wsi, facet ubrany w burkę i arafatkę to niezły surrealizm). Dość wyczerpujące zajęcia z krav magi. A potem clou: nocny marsz na azymut w pełnym oporządzeniu: kamizelka, hełm, moro, plecak. Czas ograniczony. Pot zalewał oczy, gałęzie drapały. No i trzeba było iść ostrożnie, o zwichnięcie nietrudno. Potem konserwa nad ogniskiem, 1,5 godziny snu. Warty dookoła ogniska. Rano kolejny marsz na azymut. Potem wjazd na patrol.
I nagle padły strzały. Silniki pojazdów zgasły, a eskorta zginęła. Do samochodu podbiegł gość w kominiarce na głowie i z kałachem w łapie. „Wysiadaj, ku***a!”. Po chwili już jesteś na glebie, a ktoś zakłada ci worek na głowę. Już wiesz, że masz pecha i zostałeś porwany. Wiesz, że to ćwiczenia, ale organizm ma swoje prawa i wyrzuca do krwi adrenalinę. A jak posiedzisz kilka godzin na betonie polanym wodą, w kajdankach i w worku, polewany co jakiś czas wodą, to w końcu zaczniesz mieć dość. Jedyne, o czym będziesz marzył, to żeby w końcu było ci ciepło. I sucho. I żeby ktoś zdjął te cholerne kajdanki, bo barki i ramiona wyją z bólu.
Zachodni dziennikarz to łakomy kąsek dla porywaczy. Mając takiego w garści można zacząć się targować. Możesz żądać czego chcesz: pieniędzy, broni, wycofania wojsk z twojego kraju. No i jesteś panem ludzkiego życia i śmierci. A to potężna władza…
Po co był ten kurs, zapytacie? Cztery dni to za mało, by wyrobić w gromadzie cywili pewne odruchy czy właściwą żołnierzom pamięć mięśniową. Kiedy już wyjedziesz, mówił do mnie jeden z organizatorów, żołnierze na miejscu i tak zrobią ci szkolenie. Ale przynajmniej nie będziesz zielony. I będziesz miał przedsmak piekła, jakie mogą zgotować ci porywacze.
Bo jeśli będziesz miał pecha i faktycznie trafisz w ręce porywaczy, w kajdankach i worku na głowie możesz spędzić dużo więcej niż kilka godzin. Mogą to być dni, tygodnie czy miesiące. A wtedy nikt nie zdejmie ci kaptura i nie powie: koniec ćwiczeń.