Jego stronę co miesiąc ogląda 10 milionów Polaków. Twórca Demotywatorów opowiada nam o Demotach "od kuchni"

Mariusz Składanowski, twórca Demotywatorów
Mariusz Składanowski, twórca Demotywatorów YouTube
Przepis na sukces? Czarny kwadrat, obrazek i biały podpis. Demotywatory.pl od kilku lat robią w Polsce prawdziwą furorę. Wpisały się już na stałe nie tylko w internetowy, ale i kulturowy krajobraz naszego kraju. O przepisie na demota idealnego, Demotywatorach „od kuchni” i tym co śmieszy, a co wkurza Polaków, rozmawiamy z samym Wielkim Demotywatorem – Mariuszem Składanowskim. Twórcą i pomysłodawcą serwisu, a jednocześnie zwykłym facetem z niewielkiego Pruszcza Gdańskiego.


Nie było łatwo umówić się na kilkudziesięciominutową rozmowę, bo Wielki Demotywator ma ręce pełne roboty. Roboty, która nie ogranicza się już tylko do wciskania „czerwonego guzika”, wrzucającego obrazki na stronę główną. Demotywatory w polskim internecie goszczą od 2008 roku i od tego czasu wyrobiły sobie markę, której może pozazdrościć niejeden gigant. To właśnie one, jako pierwsze z polskich firm przekroczyły magiczną barierę miliona fanów na Facebook’u. Teraz, choć największy wzrost popularności, mają już dawno za sobą, zmierzają pewnie po drugi milion.


Kwejk wyrósł Wam na niezłą konkurencję. Walczycie ze sobą na tej e-arenie?
- Musimy po prostu robić lepszy produkt. Nie ma żadnej walki, czy wojny. To brzmi fajnie w mediach, bo tworzy dynamizm, akcję i coś się dzieje. Rzeczywistość jest taka, że robimy swoje nie przeciwko komuś, ale dla kogoś – naszych użytkowników. Konkurencja, również w internecie jest dobrą rzeczą, bo skłania do koncentracji i rozwoju.

Kim w takim razie jest Mariusz Składanowski, zwany Wielkim Demotywatorem?
­- Trudne pytanie. Przede wszystkim ojcem i lokalnym chłopakiem z Pruszcza Gdańskiego, a nie z żadnej Krzemowej Doliny. Dopiero później programistą, projektantem, przedsiębiorcą, coachem i często człowiekiem od załatwiania spraw wszelakich.


Mariusz Składanowski

Wdaliśmy się w rozmowę z dwójką osób. Koledzy przedstawili mnie, jako Mariusza-Wielkiego Demotywatora. Nasi nowi znajomi popatrzyli się dziwnie, uśmiechnęli i z niedowierzaniem skwitowali „taa jasne, jaja sobie robicie, to niemożliwe”.

Jak w takim razie „zwykły chłopak” zrobił rewolucję w polskim Internecie?
- Z bardzo prostego powodu. Polskim internautom brakowało właśnie takiego prostego serwisu. Pewnie, że była masa stron ze śmiesznymi zdjęciami, filmami, kawałami, które ktoś tam raz na jakiś czas wrzucał. I właśnie wtedy pojawiły się genialne w swej prostocie Demotywatory, które mogli tworzyć sami użytkownicy. Jasna i przejrzysta forma. Obrazek z podpisem i jazda. Każdy mógł się sprawdzić. Nastąpiła eksplozja kreatywności.

Od początku mierzyłeś tak wysoko?
- Na początku nie było żadnego planu biznesowego. To był po prostu fajny pomysł, raczej hobby, które przekształciło się w coś naprawdę ogromnego. Zaczęło się od tego, że podobały mi się obcojęzyczne demotywatory, krążące po Internecie. Absurdalne, prześmiewcze, często z ironiczną powierzchownością, skrywające jakąś mądrą myśl, obserwację o życiu. Postanowiłem zaszczepić to u nas.

Sam?
Na początku ja tworzyłem cała stronę, łącznie z opisem i generatorem demotywatorów. Była źle napisana, ale działała. Było na niej kilka prostych informacji, link do kilku galerii, wyjaśnienie o co chodzi, jak to się je. Dopiero po roku „chwyciło” mocniej i wtedy zleciłem zewnętrznej firmie wykonanie już trochę lepszej, stabilniejszej i bardziej zautomatyzowanej wersji serwisu. Na początku można było tylko generować demotywatory, potem Można było założyć konto, dodawać do ulubionych itp.

YouTube finansową trampoliną. Nagrywają filmiki i zarabiają całkiem niezłą kasę

I jesteśmy w 2012 roku. Dużo się zmieniło od tamtego czasu?
- Dziś wygląda to „troszkę” inaczej niż kiedyś. Na początku musiałem sam wszystko oglądać i pilnować. Teraz jest już nas trochę więcej.

Więcej? Kto i w ogóle gdzie tworzy ekipę Demotywatorów? Pracujecie w biurze, czy może w domach siedząc w kapciach przed komputerami?
- Mamy swoje normalne biuro w Pruszczu Gdańskim, w którym zatrudniamy już kilkanaście osób. Jest jeszcze kilku moderatorów w całej Polsce. Każdy ma swoje określone zadanie. Jest np. osoba, która zajmuje się odpisywaniem na maile. Jest też ktoś, kto pilnuje, żeby nie wrzucano niedozwolonych treści.

Jesteście w stanie wyłapać wszystkie "brzydkie rzeczy"?
- Sami nie, ale „cenzor" w dużej mierze opiera się na zgłoszeniach użytkowników, którzy są bardzo pomocni i w 99 procent przypadków takie nieprzyjemne rzeczy nie wychodzą nawet na światło dzienne. Mają może po sto odsłon i znikają w archiwum.

Jak wygląda dzień pracy Wielkiego Demotywatora?

- Pracy jest dużo, a ja jestem nocnym markiem, więc różnie to wygląda. Do biura przychodzę koło 12, wcześniej spędzam trochę czasu w domu z synem. Na początku rundka po firmie, żeby zobaczyć, jak stoimy z naszymi projektami. Potem spotkania, czy to sprawy bieżące i koło 18-19 powrót do domu, gdzie znowu czeka synek.

I tyle?
Skądże. Jest jeszcze druga, nocna zmiana do 2-3 rano.

Masz kiedy odpoczywać, czy to praca 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu? Internauci przecież nie próżnują.
- Na weekend się wyłączam prawie totalnie, piątek wieczór, czy sobota to pełen relaks bez komputera. Do rzeczywistości wracam w niedzielę, wtedy trzeba już myśleć o poniedziałku.

Odwiedza Was 10 milionów unikalnych użytkowników miesięcznie. Jesteś rozpoznawalny na ulicach?
- Nie, ludzie na ulicy mnie raczej nie kojarzą. W tej dziedzinie biznesu taka sława nie jest potrzebna, bo dla użytkowników to bez znaczenia kto tworzy stronę - Jan Kowalski czy Mariusz Składanowski. Nazwisko kojarzą ludzie z branży.

Raz miałem zabawną historię, mniej więcej dwa lata temu. Jechaliśmy ze znajomymi na wieczór kawalerski. W autobusie było całkiem wesoło. Wdaliśmy się w rozmowę z dwójką osób. Koledzy przedstawili mnie, jako Mariusza-Wielkiego Demotywatora. Nasi nowi znajomi popatrzyli się dziwnie, uśmiechnęli i z niedowierzaniem skwitowali „taa jasne, jaja sobie robicie, to niemożliwe”.

Mariusz Składanowski

W wywiadzie dla "GW"

Dla wielu zawieszenie ''demota'' na ''głównej'' jest jak zdobycie Virtuti Militari... Niektórzy próbują miesiącami. Wrzucają po kilka prac dziennie.
CZYTAJ WIĘCEJ


źródło: Wyborcza.pl
Jedni demotywatory oglądają, inni tworzą. Jak długa jest droga na „główną”?
- Demotywator po wrzuceniu na stronę musi przebrnąć pierwszy etap. Nie może zostać zminusowany przez naszych dzielnych użytkowników, którzy siedzą i od rana do wieczora przeglądają najnowsze prace w poczekalni. Jeżeli będzie całkiem fajny, dostanie dużo plusów to zauważamy go w wewnętrznym rankingu. Jeżeli ma dobrą ocenę, czyli w granicach 80% pozytywnych to może od razu trafić na główną. Jeżeli sami mamy wątpliwości, czy może się spodobać, to wrzucamy go do polecanych. Jeżeli tam się spodoba, to jest duża szansa, że przyjmie się też na głównej.

Miliony, miliardy, tryliony, czyli internet 2011 roku w liczbach

Istnieje przepis na demota idealnego?
- Nie ma jednej recepty. Musi to być coś ewidentnie śmiesznego, albo ciekawego i niezwykłego. Może to być też mądra myśl lub obserwacja dotyczące życia, na przykład prawdy o kobietach i mężczyznach. Czasem ważniejszy jest tekst, czasem samo zdjęcie. Jak zauważyliśmy dość trudno się wymysla fajne podpisy, a w dobrym demotywatorze najważniejsze jest, żeby podpis i zdjęcie ze sobą współgrały, uzupełniały i wzmacniały przekaz. Czasem więc fajne zdjęcia przepadają, bo są okraszone dziwnym podpisem. Przy blisko 4 milionach stworzonych już demotywatorów coraz ciężej o o oryginalność, poprzeczka rośnie.

Najlepsi mają po kilkaset prac na stronie głównej

1. Malva1987 - 473
2. Xyhoo23 - 465
3. RafalOskar - 322
4. Aberis - 271
5. Qrdebije - 248
CZYTAJ WIĘCEJ

Twój gust i poczucie humoru ma znaczenie, czy może starasz się być obiektywny i wpasowywać w oczekiwania użytkowników?
- Mój gust jest istotny i ważny, ale czasami dociera do mnie, że niestety nie mam już 20 lat. (O Boże, mam prawie dwa razy więcej ;-)) Krecą nas podobne rzeczy, ale pojawiają się koncepcje, których nie do końca rozumiem, ale skoro bawią czytelników, to też wchodzą na główną.



Masz jeszcze wpływ na to co ląduje na głównej, czy zajmujesz się już raczej zarządzaniem firmą?
- Na stronę główną każdego dnia trafia 40-50 demotywatorów. Codziennie kilka z nich to moje ulubione z danego dnia. Nawet, jak już nie zajmuję się tyko i wyłącznie zawartością strony to zawsze i tak mam sesyjkę z demotywatorami. Wiem co się dzieje, staram się być na bieżąco w internecie, ale faktycznie w dużo mniejszym stopniu niż na początku działalności. Kiedyś to ja byłem osobą, która wciskała czerwony guzik „na główną”. Teraz jest już trochę większa ekipa.

Jaki jest ulubiony demotywator Wielkiego Demotywatora?
- Przy takich ilościach ciężko wskazać coś konkretnego. To już prawie 4 miliony prac. No, ale jest jeden, który wyjątkowo utkwił mi w pamięci, jeszcze z czasów, gdy sam je tworzyłem. Zdjęcie Lorda Vadera, który stojąc po kostki w wodzie przelewa wodę z morza do butelki. Pod tym podpis: sens – to zdjęcie nie ma żadnego. Jest w tym totalny absurd, ale jakoś tak mi zostało.





Co śmieszy Polaków?
- To pytanie bardzo szerokie, niczym pytanie o sens życia, na ten temat można napisać niejedną książkę. Dzisiaj w internecie popularniejsze niż kiedyś zrobiły się mocne żarty z tematów tabu, na granicy, czasem celowo łamiące zasady dobrego smaku. Wielką furorę robią animowane gify. To niesamowite, jak ludzi w Polsce i na świecie kręcą gify! Stały się nową formę wyrażania i prezentowania emocji i zgarniają tysiące „lajków” dziennie. Musiałem się przez chwilę do nich przyzwyczaić i przekonać, ale teraz wiem, że za moment trafią i do telewizji. Dużo łatwiej powiedzieć za to, co lub kto nas wkurza.

Co?
- Dawniej negatywnym bohaterem był Kaczyński. Teraz pałeczkę przejął premier Tusk i awansował na wroga politycznego numer jeden, zwłaszcza od czasów afery z ACTA.

No właśnie. Czy Polacy są przewidywalni, patrząc na kalendarz imprez lub wydarzeń można przewidzieć co będziemy w najbliższym czasie oglądać na Demotywatorach.
- Użytkownicy reagują na bieżąco. Każdy chce być pierwszy i zaczyna się wyścig. Idą święta i zaczną się porządki, więc każdy próbuje wyprzedzić resztę i wrzucić demotywatora z przedświątecznym trzepaniem dywanów. Jeden taki demot trafia na główną i pozamiatane – temat zamknięty do następnego święta. Wyścig zaczyna się na nowo. W Internecie wszystko dzieje się naprawdę bardzo szybko. W zeszłym tygodniu mogliśmy pożartować z mięsnego jeża. Nagle wszędzie pojawiły się remixy, przeróbki itd. Minęło kilka dni i już nie wypada go wrzucać, bo wszyscy powiedzą, że to stare, nudne i już było.

Szczyt popularności już za Wami. Jak dziś stoicie z oglądalnością?
- Okres największego wzrostu mamy już niestety dawno za sobą. Teraz jesteśmy na etapie mocnej stabilizacji, notując ponad 10 milionach unikalnych użytkowników miesięcznie.

Kiedy te 10 milionów Polaków najczęściej wchodzi, żeby pośmiać na Demotywatorach?
- Największa ruch przypada na wieczór. Teraz robi się nieco cieplej, więc ta godzina przesuwa się jeszcze trochę do przodu. Generalnie tak, jak w przypadku programów rozrywkowych prime-time przypada na godziny od 18 do 23, wtedy przychodzi największa fala ludzi. Główna grupa odbiorców jest w przedziale wiekowym 15-24 z lekką przewaga kobiet.

Nie ma problemów z działalnością strony przez tak duży ruch?
- Na szczęście mamy niedrogie serwery we Francji. Poza tym nasz serwis nie jest bardzo skomplikowany i udaje się go łatwo zoptymalizować dla tak dużej ilości odwiedzin.

Na czym zarabiacie?
- Utrzymujemy się tylko z reklam. Koszt utrzymywania wszystkich serwisów to kilkanaście, do kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie.

Dużo. Dajecie radę się utrzymać i jednocześnie dobrze zarobić?
- Tak, oczywiście.

Ile dokładnie pewnie się nie dowiem…?
- Kwot nie zdradzę, ale bycie wydawcą i sprzedawanie reklamy w Internecie jest czymś zupełnie innym niż prowadzenie np. sklepu internetowego, który wciąż wymaga ogromnych nakładów finansowych, logistyki, rozwiązań systemowych. Prowadzenie popularnego portalu jest pod tym względem o wiele prostsze.

Demotywatory to nie wszystko

Demotywatory stworzyły niejedno "dziecko". Mariusz Składanowski jest również właścicielem innych popularnych serwisów: Komixxy, Mistrzowie, Wspaniali, Piekielni, StudentPotrafi, Filmixxy i wiele innych. Co ciekawe, Mariusz jest jednym z twórców innego znanego serwisu rozrywkowego JoeMonster.

Twoje serwisy napędzają się same, ludzie często nie wiedzą, że tyle stron ma tego samego właściciela. To celowe?
- Powstawanie nowych serwisów to reakcja na zapotrzebowanie. Kiedy zauważam jakiś trend na Demotywatorach to pada pytanie czy nie zrobić z tego nowego serwisu. Tak powstały Komixxy, bo ludziom brakowało miejsca, gdzie mogliby wyrazić trochę więcej treści. Dzięki trafnym ripostom powstali np. Mistrzowie itd. Nie tworzymy ich dlatego, żeby napędzać siebie nawzajem. To wynik przypadku.

Nie boicie, że Demotywatory po prostu się znudzą?
- W branży rozrywkowej zawsze jest jakieś ryzyko, że produkt się znudzi. Dlatego cały czas wprowadzamy i będziemy wprowadzać innowacje. Ostatnio były to filmiki, zupełnie niedawno animowane gify oraz nowe funkcje społecznościowe. Po to, żeby ludzie mogli zaprzyjaźnić się nie tylko z serwisem, ale i z innymi jego użytkownikami.

Ponad milion fanów na Facebook’u to najlepszy wynik w Polsce.
- W ciągu ostatnich kilku lat internet niesamowicie zmienił się przez Facebooke’a. Nie jest tajemnicą, że ponad połowa naszych wejść pochodzi właśnie stamtąd, na szczęście potrafimy rozmawiać językiem „social media”

Czy w polskim Internecie jest jeszcze miejsce na rewolucję na miarę Demotywatorów?
- Zawsze jest miejsce na coś nowego, z tym, że nigdy nie wiadomo na co. Każde wyrokowanie teraz o tym, czy co ma szanse powodzenia za rok jest skazane na niepowodzenie. Wszyscy, nawet medialni giganci, myślą co stworzyć, żeby „załapało”. A czy złapie, to już trzeba samemu sprawdzić.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Małgorzata Tusk zadała szyku we Francji. Tak wyglądała obok małżonek Trumpa i Macrona
0 0Ciężarna Joanna Krupa całkowicie naga na okładce "Wprost". Stanęła w obronie LGBT
Unum 0 0Nie wszystkie ubezpieczenia chronią przez całe życie. Jak wybrać polisę, która nie wygasa
0 0Smutni 30- i 40-letni. Wyniki światowych badań dają do myślenia
WYWIAD 0 0Aktor, któremu na bank się udało. Lech Dyblik o tym, jak odbić się od dna i... ganiać Malkovicha
NEWSWEEK 0 0Polskę czeka kryzys senioralny? Władze ignorują poważną zmianę demograficzną
0 0Kuchciński odnalazł się po aferze samolotowej. Dostał "zadanie specjalne"
POLECAMY 0 0"Cały dom robi we wiadra". Sławojki i wychodki w środku polskiego miasta