
Brytyjska Rada Ministrów doszła do wniosku, że czwartek 24 października będzie dniem bez e-maila. Ta akcja ma sprawić, że zamiast wysyłania sobie wiadomości elektronicznych urzędnicy państwowi będą musieli ze sobą rozmawiać. Inicjatywa premiera Davida Camerona powoduje, że sami może powinniśmy się zastanowić nad tym, czy nie przesadzamy z ilością wysyłanych e-maili.
REKLAMA
E-mail jest uważany za jeden z najpożyteczniejszych wynalazków biurowych. Zamiast gromadzić na biurku hałdy ważnej i mniej ważnej korespondencji możemy wszystko trzymać w wirtualnej przestrzeni. Nie musimy przebijać się przez kilkaset listów, by znaleźć potrzebną nam informację. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę imię i nazwisko nadawcy, a system znajdzie dla nas ukrytą wśród setek kontaktów wiadomość.
Z drugiej strony e-maile kradną nam mnóstwo czasu. Kiedy trzeba wysłać komuś szybie zestawienie, to nie ma problemów. Nie można nazwać e-maila czymś złym. Ale czasami używany jest wtedy, kiedy nie powinien. Wtedy zamiast uzyskać szybkiej odpowiedzi, marnujemy mnóstwo czasu. Jakieś przykłady?
Ostatnio znajoma pracująca dla dużej korporacji opowiedziała mi o tym, jak to u niej w firmie dyrektorzy uzależnili się od wysyłania e-maili. Inaczej nie potrafią się komunikować i z tego powodu mają różne śmieszne przygody.
Jeden z nich np. utknął po spotkaniu u klienta. Nie dlatego, że były korki, tylko dlatego, że zamiast samemu zamówić taksówkę wysłał e-maila do firmy, by kogoś po niego wysłali. Dopiero po 40 minutach wiadomość została przeczytana. Co zabawniejsze dyrektor cały czas czekał, gdyż był przekonany o tym, że skoro już wysłał e-maila, to zadanie musi zostać wykonane.
A teraz pomyślcie sobie ile razy ktoś wysyła do was i kilku innych osób jakąś śmieszną historię, a potem inni po kolei ją komentują. Skrzynka odbiorcza wypełnia się tematami rozmów typu: „odp: odp: fwd odp: nie uwierzycie...”. Moja skrzynka wielokrotnie gościła takie wiadomości, ale to chyba coś normalnego. Ostatnio badania przeprowadzone w Wielkiej Brytanii wykazały, że tracimy 20 godzin tygodniowo na e-maile, gdyż tylko jedna dziesiąta przesłanych w nich informacji jest naprawdę przydatna.
Poza tym e-maile często kradną nam prócz czasu w pracy nasze życie osobiste. I proszę mi tu nie mówić, że nie. Dawniej człowiek wychodził z pracy i na tym się kończyły jego obowiązki. Teraz większość z nas wszędzie ma dostęp do swojego maila służbowego. To powoduje, że jesteśmy związani z pracą niemalże 24 godziny na dobę.
Skarżyli się na to między innymi pracownicy Volkswagena. Ostatecznie szefowie tego koncernu ulegli ich żądaniom i o 18:15 wyłączają swoje serwery Blackberry z których wysyłane są do nich e-maile. Dzięki temu postawiono granice między pracą, a życiem prywatnym.
Dlatego może warto czasami zapomnieć o wiadomościach elektronicznych, zrobić coś by się od nich uwolnić. Jeśli sprawa jest naprawdę pilna to zawsze można zadzwonić i ją wyjaśnić. Może weźmy przykład z Brytyjczyków i ograniczmy wysyłanie między sobą e-maili. Naprawdę, nie każda wiadomość jest warta wysłania, a jedyne co robi, to zagraca innym skrzynki.
