– Nie dam wycisnąć się jak cytryna – mówi Krzysiek
– Nie dam wycisnąć się jak cytryna – mówi Krzysiek Fot. internet

Są młodzi, wykształceni, zdolni. Ale nie zamierzają "piąć się po szczeblach kariery", świadomie rezygnują z tego pościgu. Mają dość wciskania im bajek o tym, że codzienna harówa i nadgodziny przyniosą kiedyś wymierny efekt. Wiedzą, że pewnego pułapu nie przeskoczą, więc już na starcie mówią: pas. I wrzucają na luz. – Pracodawcy chcą wycisnąć nas jak cytrynę. Więc ja chcę dać się wycisnąć jak najmniej, to proste – mówi Krzysiek, jeden bohaterów tekstu.

REKLAMA
Krzysiek ma 26 lat, jest warszawiakiem. Z wykształcenia socjolog, myśli nad doktoratem. Z domu - jak sam mówi - nigdy nie miał zbyt dużego wsparcia finansowego. Do pracy musiał pójść od razu po liceum. Na początek, jak wielu młodych ludzi, trafił na "słuchawki", do jednej z firm badających opinię publiczną.
"Zamiast stresu i bólu głowy, w końcu mam czas dla siebie"
– Od początku pracowałem na pełen etat, a starczało mi pieniędzy tylko na kilka drobnych przyjemności w miesiącu. Większość pieniędzy oddawałem na dom. Satysfakcja? O czym my w ogóle mówimy – obrusza się.
Odszedł, gdy zobaczył, że "szefują" mu ludzie bez wykształcenia, nie znający się na robocie, ale cwani, wyrachowani i złośliwi. Lepsze stanowiska wywalczyli sobie rozpychaniem się łokciami. Krzysiek tak nie chciał. Zostawił to.
Dziś, po dobrych kilku latach, pracuje w banku, na nieeksponowanym stanowisku. Wyżej wzbijać się nie zamierza, choć do czasu miał takie plany. Z "kariery" zrezygnował, gdy po miesiącach zasuwania, nadgodzin, pochwał od szefa, poklepywania po plecach, awans na lepiej płatne stanowisko dostał jego kolega - wiecznie do pracy spóźniony, nieprzygotowany, słabo przyswajający nowinki w firmie. A Krzysiek miał dalej ciężko pracować i czekać na swoją szansę.
– Skończyło się na "uścisku dłoni prezesa" za dobrą robotę. Jakie były przesłanki, by awansował ktoś inny? Kompletnie nie mam pojęcia. Tzn. domyślam się, że wszystko oparło się na zasadzie koleżeńskiej, jak wszystko w mojej firmie – tłumaczy. Nie dość, że z awansu wyszło wielkie nic, to Krzyśkowi dołożono niemal drugie tyle obowiązków. – Skoro byłem taki solidny, to na moich barkach wylądowała praca całego zespołu. Lider bez awansu i podwyżki – mówi o sobie po czasie.
W tym momencie coś w nim pękło. Zrezygnować z pracy? Niemożliwe, musi się z czegoś utrzymać. Krzysiek postanowił więc zrezygnować z połowy etatu, zszedł też stanowisko niżej. Zarabia niewiele gorzej, a... – Przynajmniej mam coś z tego życia. Bawię się. Dziewczyna wreszcie się nie denerwuje, że nie mam dla niej czasu w piątkowy wieczór, bo mam robotę. Pozbyłem się bólu głowy, stresów – tłumaczy. – Chyba było warto – kończy.
"Odeszłam i świat się jakoś nie zawalił"
Podobnie Magda, dwa lata młodsza od Krzyśka. Do stolicy przeprowadziła się na studia, dostała się na Uniwersytet Warszawski. Wcześniej mieszkała w Siedlcach. Od początku studiów marzyła o pracy w instytucji kulturalnej - kocha teatr, kino, jest wrażliwa artystycznie.
Ale życie nieco pokrzyżowało te plany. W fundacjach, czy teatrach czekały na nią same staże, tymczasem musiała zacząć zarabiać. Wylądowała w niewielkiej korporacji. Pomyślała, że jak na początek nie będzie to zły wybór - zespół nie był duży, praca całkiem ciekawa. Miała za nią dostawać nieco ponad najniższą krajową. Dla studentki - w sam raz – pomyślała.
Zrezygnowała jednak po roku. Dlaczego? – Miałam dość stresu, ciągłego pospieszania, powtarzania, że mój projekt trzeba wykonać ASAP (ang. "As soon as possible"). Mój szef powtarzał, że beze mnie praca stanie w miejscu, ale jakoś nie myślał o tym przyznając w firmie podwyżki. No i proszę. Odeszłam i... jakoś świat się nie zawalił – mówi nieco z przekorą.
Świadomie wypisała się z "wyścigu szczurów". Teraz pracuje jako kelnerka, w systemie "dwa na dwa" - czyli dwa dni pracy i dwa dni wolnego. – Stresu? Żadnego. Z samych napiwków wyciągam więcej niż w poprzedniej firmie. Dwa dni mam wyjęte z życia, ale następne dwa bawię się, kiedy wielu moich znajomych siedzi za biurkami za parę groszy – opowiada.
– Oczywiście, że brakuje mi finansowej stabilności, ale czy zarabiając nieco ponad tysiąc złotych miesięcznie ją miałam? Też nie. O kredycie na mieszkanie i tak mogę zapomnieć. W imię czego miałabym więc harować dzień w dzień po dwanaście godzin? – pyta retorycznie.
Czy ma jakieś marzenia? Tak. Chciałaby kiedyś znaleźć czas i pieniądze, by móc zainwestować w swój - nie firmy - osobisty rozwój. W poszukiwanie wymarzonej pracy. Ale na razie odkłada to na bok. – Zniechęcają mnie ogłoszenia, które znajduję. Jest tak duża dysproporcja między tym, czego nauczyłam się w szkole, a tym, czego w praktyce wymaga ode mnie wyuczony w szkole zawód, że... poddaję się – tłumaczy.
"To już zjawisko"
Oboje, podobnie jak wielu ich rówieśników, świadomie rezygnują z pościgu za utartym schematem lepszego życia - poważane stanowisko, kredyt na mieszkanie. Czy ci, którzy wybrali drogę pod górę, mogą mieć o to do nich jakąkolwiek pretensję? Spytałem o to psycholog Ewę Chalimoniuk.
– Z moich obserwacji wynika, że podobną decyzje podejmuje coraz więcej młodych ludzi. Ale po to mamy wolną wolę, by wybrać swój własny styl życia. Ci młodzi ludzie wybrali taką, a nie inną ścieżkę – tłumaczy. – Nie mamy za co ich krytykować, to była ich decyzja. Co innego jeśli sami w sobie wytworzyli takiego wewnętrznego krytyka. To znaczy, że jednak mają dylemat czy idą słuszną drogą. I znak, że nie są przekonani o jej słuszności.
Czy to droga na skróty?