
Praca w przemyśle pogrzebowym to dla większości wręcz kara boska. Chyba nikt o niej nie marzy, niewielu decyduje się na nią nawet w najtrudniejszej sytuacji. Wielu tymczasem pracą obsługi cmentarzy i pracowników domów pogrzebowych wręcz pogardza. Dlatego najnowszy "Newsweek" postanowił przybliżyć Polakom kulisy funkcjonowania tej branży i pracujących w niej ludzi, którzy coraz rzadziej widzą się w roli beznamiętnych rzemieślników. W najnowszych badaniach ponad połowa przyznaje, że swoją pracę postrzega jako misję.
REKLAMA
Celem tej misji jest nie tylko godne pożegnanie tego, który odszedł. Dla nowoczesnych zakładów pogrzebowych równie ważni są bliscy zmarłego. Oni potrzebują tymczasem nie tylko sprawnego zaopiekowania się ciałem, ale i profesjonalnego wsparcia psychologicznego. Przez wiele lat w polskich zakładach pogrzebowych próżno było jednak tak szerokich usług poszukiwać. Z danych cytowanych przez "Newsweek" wynika, że w 2008 roku aż 96 proc. klientów branży funeralnej oceniało, iż zmarli traktowani są jak przedmioty.
Nic dziwnego, skoro w tym fachu długo panował też specyficzny slang, po którym łatwo można było poznać stosunek pracowników zakładów pogrzebowych do ciał zmarłych. "Boją" nazywano topieleców, a desperatów, którzy targnęli się na swoje życie przez powieszenie określano mianem "brelok". Mały "piórnik", czyli trumna pasowała "sucharkowi", jak mawiano o szczupłym ciele. Szukający najtańszego pogrzebu bliscy zwani byli tymczasem "apaczami".
W rozmowie z "Newsweekiem" dzisiejsi liderzy branży przekonują jedna, że te czasy minęły. - Ten słownik to dziecko Polski Ludowej. Może być jeszcze używany przez tych właścicieli, którzy w tej chwili przechodzą na emerytur - ocenia Adam Franczyk, kierownik działu obsługi klienta Cmentarza Komunalnego w Częstochowie. Mowa właśnie o tych, którzy widzą się w roli rzemieślnika, a do tego fachu zwykle pchnęły ich pobudki ekonomiczne.
W większości zakładów zaczyna rządzić jednak zupełnie inne myślenie o tym trudnym zawodzie, w którym zarabiać trzeba przecież na tragediach innych. Dlatego codziennością są firmy pogrzebowe, które na stałe zatrudniają psychologów służących wsparciem nie tylko klientom, ale przede wszystkim pracownikom. Osoby, które zaczynają mieć problemy w pracy ze zmarłymi mogą liczyć także na urlop, by odreagować. Do historii odchodzą też wycieńczające pod każdym względem nadgodziny spędzane przy zwłokach.
Bo taką pracę trudno wykonywać bez emocji. I to zwykle tych najtrudniejszych. W najnowszym numerze "Newsweeka" pracownicy zakładów przypominają bowiem, że ich codzienna praca to nie tylko odbieranie zwłok osób, które odeszły w sposób naturalny. Nigdy nie wiadomo, do jak bardzo makabrycznego przypadku mogą zostać wezwani. Wówczas ich praca polega nie tylko na przeniesieniu zmarłego do trumny, ale i zbieraniu rozczłonkowanego ciała, gdy trudno poznać co było ręką, a co kawałkiem mózgu.
