Podczas biegania człowiek spędza czas sam ze sobą, to dobry moment na przemyślenia i analizy - mówi Artur Olech, prezes zarządu grupy Generali
Podczas biegania człowiek spędza czas sam ze sobą, to dobry moment na przemyślenia i analizy - mówi Artur Olech, prezes zarządu grupy Generali Archiwum prywatne

Sport, co do zasady nie znosi kompromisów, weryfikuje od razu. Jak jesteś nieprzygotowany, po prostu przegrywasz. W biznesie jest tak samo. Ale przy każdym medaliście olimpijskim na podium powinien stać psycholog. Tak samo przy niektórych biznesmenach. Osiągają sukces i wydaje im się, że już są absolutnie najlepsi – mówi w rozmowie z naTemat Artur Olech, prezes Zarządu w Grupie Generali.

REKLAMA
Biegał pan dziś?
Sześć kilometrów.
To dużo, czy mało?
Raczej rozgrzewka. 6 kilometrów zajmuje tyle czasu, że codziennie można go przed pracą, czy po pracy poświęcić.
Pan raczej przed, czy po?
Raczej po. Wieczór to dla mnie czas, żeby zebrać myśli, uporządkować wszystko, co wydarzyło się w ciągu dnia. Podczas biegania człowiek spędza czas sam ze sobą, to dobry moment na przemyślenia i analizy, bo można się skupić i nie rozpraszają mnie ani sprawy biurowe ani obowiązki domowe.
Czy są jakieś punkty styczne tego biegania z pana firmą? Poza tym oczywiście, że biegając myśli pan o firmie.
U nas się tak złożyło, że sport stał się leitmotivem budowania kultury korporacyjnej firmy. W Generali wiele spraw biznesowych robimy dla i wokół sportu. Bieganie jest sportem demokratycznym, każdy właściwie może go uprawiać. Sport ma cechy, które odkrywamy także w biznesie – długoterminowość, wytrzymałość, to że nie ma jednego zwycięzcy. Przez sport możemy więc przekazywać podprogowo pewne komunikaty związane z naszym biznesem. W Generali organizujemy sport nie tylko wokół elementów indywidualnych, ale także zespołowych. Mamy drużynę biegową, spędzamy razem czas. W ten sposób budujemy w firmę atmosferę i poczucie pewnej wspólnoty celów, nie tylko tych stricte biznesowych.
Długo pan pracuje w Generali?
14 lat. Byłem pierwszym pracownikiem.
Wszystkim kolejnym mówił pan: Prezes lubi biegać, więc wy też polubicie?
Nie, to raczej firma, moi współpracownicy biegali i to oni mnie zainspirowali. Ja bardziej lubiłem inne sporty – tenis, piłkę nożną. Zobaczyłem, że w pewnym momencie narodził się ruch, moda. To była oddolna inicjatywa około 7 lat temu. Wtedy wystartowaliśmy. Powstał zespół Generali Running Team. Ludzie mnie motywowali. Myślę, że gdybym wziął taki wskaźnik: liczba biegaczy na zatrudnionych, to jest całkiem nieźle. Myślę że w każdym tysiącu pracowników, biega stu. Może nie wszyscy są wielkimi biegaczami maratońskimi, ale wielu z nas zdarzało się z maratońskim dystansem z sukcesem zmierzyć, mi kilkukrotnie też.
Na rozmowach kwalifikacyjnych pyta pan kandydatów, czy uprawiają sport?
Sport jest pewnym punktem odniesienia, ale chodzi o to, żeby ludzie czymś się jeszcze zajmowali poza pracą, mieli jakąś pasję. Moje podejście do pracy nie jest takie, że dzielę życie na osobiste i zawodowe. Nie wierzę w to. Myślę, że ludzie tak jak żyją, tak pracują, tak pracują, jak żyją. Praca jest częścią naszego życia. To nie są odrębne części. Lubię więc, jeśli ludzie mają swoje pasje. Jeśli są one związane ze sportem, to tym lepiej. Możemy wpisać je w rzeczy, które organizujemy. Teraz sport jest także symbolem statusu społecznego. My to wspieramy. Na biegi długodystansowe wystawiamy drużynę, w której są prawie wszyscy członkowie zarządu. To ma znaczenie. Jeden biegnie 5 kilometrów w 25 minut, drugi w 45, ale tworzy się pewien zespół. To jest miejsce, gdzie można w inny sposób ze sobą porozmawiać. Nawiązuje się inny kontakt z szefem, kiedy obaj czy oboje jesteśmy w krótkich spodenkach. W naturalny sposób znikają też elementy hierarchii zawodowej.
Czy firma ma jakieś benefity dla biegających – strój, sprzęt, trener?
Takie rzeczy robimy, ale to są drobnostki. Jeżeli nas jest stu, to na biegu masowym jest to element marketingu. Sam miałem sytuację, że spotykali nas ludzie i mówili: O, znam firmę. Spotykałem zadowolonych i niezadowolonych klientów. Jak tych niezadowolonych, to musiałem przyspieszyć. Ale na szczęście dominują te miłe doznania, klienci np. pytają o zniżkę.
Kiedy podjęliście decyzję, że nie tylko będziecie biegać sami, ale chcecie sponsorować sport?
Tak na poważnie, to zajęliśmy się tym 9 lat temu. Zaczęliśmy współpracę z Adamem Małyszem. Był taki moment, że Adam miał kłopoty. Po wielu sukcesach, był moment, kiedy mu się gorzej wiodło. Był w pierwszej dziesiątce, ale wtedy wszyscy w Polsce zawyrokowali, że on się skończył. My też sceptycznie podchodziliśmy do tematu współpracy. Poszliśmy na kolację z nim i jeszcze innym skoczkiem. I zobaczyłem między nimi fajną relację. Coś mnie ujęło. Pomyślałem – A, spróbujmy. Nasza firma opiekuje się ludźmi. Więc może coś we mnie zadziałało podprogowo. Bardziej nas ujął człowiek, a nie sport. To była jedna z lepszych marketingowych decyzji.
To biznesowo było ryzykowne?
Powiem szczerze, że wielkiej refleksji wtedy nie robiliśmy. Zawsze sponsorowanie człowieka jest obarczone pewnym ryzykiem. Wtedy troszkę daliśmy się ponieść pewnej emocji, intuicji. I to zadziałało.
Czy kiedykolwiek potem żałowaliście?
Nie. Bo Adam nigdy nas nie zawiódł. Stał się przez te wszystkie lata częścią rodziny. Urzekła nas jego historia. On po kłopotach wrócił. To samo się dzieje w biznesie. Ma się sukcesy, ma się trudniejsze lata. Sztuką nie jest osiągnąć raz sukces, ale go powtórzyć. Gdy Adam wrócił na szczyt, mieliśmy wrażenie, że mu pomogliśmy.
Jaki jest marketingowy sens sponsorowania jednego człowieka?
Zapewne można to ująć w różnego rodzaju badaniach, tabelkach, zasięgach, wycenić. Pewnie są w tym lepsi ode mnie. Na pewno każdy projekt ma swój element biznesowy, jest rachunek ekonomiczny. My wchodzimy w projekty, które są spójne z naszym sposobem komunikacji. Tego co robimy nie chcę nazywać „sponsoringiem”, ale „wspieraniem”. My Adamowi Małyszowi pomagamy być tam, gdzie jest. Mógł być skoczkiem, teraz realizuje się jako kierowca rajdowy. Osiąga znaczące sukcesy. Przez to pokazujemy, że jesteśmy z ludźmi w różnych etapach życia. Najbardziej nas interesuje człowiek. Bardziej niż sam sport.
Zorganizowaliśmy kilka miesięcy temu Generali Deyna Club. Nam chodziło o to, żeby wrócić do pewnej tradycji, do korzeni, do człowieka, który był ikoną i człowiekiem wielkiego sukcesu w polskim sporcie. Na naszym turnieju spotkali się ciekawi ludzie. Nam chodziło o to spotkanie, nie zaś o sponsorowanie tylko wydarzenia piłkarskiego.
Pan powiedział, że Adam Małysz nigdy was nie zawiódł. Ale w tych wszystkich latach musiały być sytuacje, że coś nie wyszło, tak jak sobie jako sponsor wyobrażaliście.
Rozczarowania przychodzą, jeśli sponsoring traktuje się jednostronnie i przedmiotowo. Czyli jesteśmy tu i teraz. Wykorzystujemy, że ktoś jest bardzo popularny. Czyli: Masz być w tej koszulce, na kołnierzyku masz mieć logotyp sponsora. I tak dalej. Wtedy zdarzają się problemy, bo ktoś o czymś zapomni, zagapi się. Nas natomiast interesował człowiek. Zakładaliśmy więc, że przez wszystkie lata różne rzeczy mogą mu się przydarzyć. Frustracje są mniejsze, gdy patrzy się w szerszym horyzoncie. Jesteśmy na dobre i złe czasy. Budujemy relację, nie traktujemy sportowca jak banera, na który można wszystko założyć. Jest trochę jak w rodzinie. Czasem dzieci rozczarowują, czasem zawodzą. Nie zawsze akceptujemy do końca drogę, którą wybiorą. Ale jeżeli jesteśmy razem, to długoterminowo.
Czy języki sportu i biznesu są podobne, czy inne?
Mówimy o tym samym, ale trochę nie zdajemy sobie sprawy, że inaczej to nazywamy. W sporcie współzawodnictwo, osiąganie sukcesów jest szalenie ważne. Być najlepszym. Tak samo jest w biznesie. My chcemy mieć coraz lepszy wynik, co roku lepiej. To jest w jakimś sensie bardzo podobne. Mamy też podobne zagrożenia. Sportowcy, gdy osiągają sukces, myślą, że są już najlepsi. Kiedyś Robert Korzeniowski mi powiedział, że przy każdym medaliście olimpijskim na podium, zaraz powinien stać psycholog. Tak samo przy niektórych biznesmenach. Osiągają sukces i wydaje im się, że już są absolutnie najlepsi.
Sport, co do zasady nie znosi kompromisów, weryfikuje od razu. Jak jesteś nieprzygotowany, po prostu przegrywasz. W biznesie jest tak samo. Jeżeli nie odrobisz zadania, to nie ma takiej możliwości, musisz przegrać. Zawsze ostrzegałem swoich ludzi przed popadaniem w arogancję. Daję im wtedy przykłady sportowców. Na koniec dnia więc praktyki sportu i biznesu są bardzo podobne.
Czy firma jako całość czegoś się nauczyła przez sport?
Generali przygotowało niedawno 5-letnią strategię. Zrobiliśmy to w roku, w którym wyniki mieliśmy fenomenalne, najlepsze od dekady. Wtedy zastanawialiśmy się, jak zmotywować ludzi, którzy widzą, że mają gigantyczny sukces, a jednocześnie muszą się zmienić. Urośliśmy, zdobyliśmy najlepsze wyniki finansowe. Jak im wytłumaczyć, że właściwie zaraz może tego nie być? Że oni muszą się zmienić. Przecież idzie wszystko świetnie. Wtedy tematyka sportowa była dla nas punktem odniesienia.
Na spotkanie o strategii zaprosiliśmy Roberta Korzeniowskiego i Adama Małysza. Oni opowiedzieli swoje historie. O tym, co jest w głowie człowieka, który odnosi sukces. Jak to jest? I jak to zrobić, żeby go powtórzyć? Nie, by zdobyć pierwszy medal, ale drugi. Jak jesteś liderem, to wszyscy cię obserwują. I wszyscy zrobią to samo, a nawet lepiej. Więc musisz zmieniać bardzo dużo. Gonić jest dużo łatwiej. Utrzymać się na topie jest dużo, dużo trudniej. Mamy przecież historie ludzi, którzy coś osiągnęli i zniknęli. Jeden strzał. Wiatr zawiał, fortuna sprzyjała. Wtedy, kiedy osiągasz od razu największy sukces, już musisz myśleć, żeby się zmieniać i iść do przodu. To jest trudne psychologicznie. Gdy doświadczamy porażki, paradoksalnie jest łatwiej się zmotywować. Wiadomo - chcesz się „odkuć”, jesteś niezadowolony. Gdy osiągasz sukces, to nie wiesz, co się dzieje dookoła. Dlatego nasza obecność w sporcie jest praktycznym polem doświadczalnym.
Czy polski sport oferuje biznesowi wystarczająco atrakcyjne możliwości?
Jeszcze nie w najważniejszych obszarach. Jako 40 milionowy kraj mamy niewykorzystany potencjał. Jest poczucie zawodu. W sporcie zbyt mało jest też managerów, którzy rozumieją to, czym się zajmują. Tymczasem to jest biznes. Czasami show biznes. Są pojedyncze osoby, które potrafią zaadresować tematy biznesowe w sporcie. Gdzieś jest nadal syndrom działacza sportowego ze starych czasów. Albo ktoś ma trochę pieniędzy, to w środku niczego buduje klub piłkarski, żeby realizować pasję. Ale po 2-3 latach tych ludzi nie ma. To jest chwilowe. To nie przetrwa 10 lat. To jest nieautentyczne.
Z przypadku można oczywiście wykreować ciekawe inicjatywy. Znajdzie się kilkunastu dobrych zawodników, wygramy jakiś tam turniej. Natomiast dużo więcej trzeba aby uprawianie sportu było w modzie. Absolutnie fenomenalną rzeczą jest program Orlików. Za parę lat on się przełoży na fenomenalne wyniki. Słusznie, że jesteśmy głodni tego sukcesu i niezadowoleni. Sport od najmłodszych lat powinien być nie tylko w dobrym tonie, ale powinien być częścią życia. Sport jest elementem nie tylko czysto sportowym, ale właśnie tym mentalnym. On buduje wartości, uczy współpracy i współzawodnictwa. W Polsce w dobrym tonie było mieć zwolnienie z WF. W USA odwrotnie. Tam jak nie bierzesz udziału w zajęciach, to cię nie ma. Nie ma ciebie w społeczności. Ale na szczęście wiele w Polsce zmienia się w tym kontekście na dobre.