Zamieszki dotknęły zwykłych warszawiaków. Tu klienci jednej z restauracji patrzą na Marsz.
Zamieszki dotknęły zwykłych warszawiaków. Tu klienci jednej z restauracji patrzą na Marsz. Fot. Kamil Sikora / naTemat

Przez Warszawę przetoczył się Marsz Niepodległości otoczony grupkami zadymiarzy. Dużymi i małymi, mniej lub bardziej agresywnymi, ale na pewno wzbudzającymi strach. I to nie tylko w tych, którzy z własnej woli przyszli pooglądać jak się biją. Także w tych, których "manifestacja patriotyzmu" dotknęła nie z ich woli – mieszkańców ulic, którymi przeszedł Marsz oraz pracowników i klientów restauracji i kawiarni.

REKLAMA
Jedenasty listopada to dla mieszkańców Warszawy i właścicieli lokali dzień trwogi. O bezpieczeństwo, zdrowie, dobytek. Bo chcąc czy też nie stają się częścią Marszu Niepodległości, któremu nieodłącznie towarzyszą zamieszki i przemoc. Osoby, które same pchają się w centrum zamieszek powinny być świadome, że mogą ucierpieć. Ja idąc relacjonować Marsz wiedziałem, że mogę zostać trafiony kamieniem albo uderzony przez kibola. Zgłosiłem się sam.
Mi się nic nie stało, ale ucierpieli ci, którzy nie chcieli mieć z Marszem nic wspólnego. Kilkanaście godzin po zakończeniu manifestacji jeszcze raz przeszedłem jej trasą by porozmawiać z mieszkańcami okolicznych kamienic i pracownikami lokali leżących przy trasie przemarszu narodowców. – No, działo się tutaj wczoraj – mówi mi pracownica jednego z fast foodów przy Rondzie Dmowskiego. – Pełno było pijanych gości, przyszedł nawet jeden z krwawiącą głową – opowiada.
logo
Fot. Kamil Sikora / naTemat

– Ludzie wypełnili szczelnie całą restaurację, nie mogliśmy nadążyć z obsługą wszystkich – relacjonuje. – Baliśmy się, że coś nam się stanie, ale całe szczęście obyło się bez incydentów – dodaje. Bezpiecznie było także w lokalu kilkaset metrów dalej. W zeszłym roku to w okolicy tej kawiarni rozegrały się najpoważniejsze starcia z policją.
Nie tylko wyrywano bruk i rzucano nim w policjantów, ale ucierpiały także witryny pobliskich sklepów. Przerażeni ludzie chronili się wtedy przed gazem łzawiącym i latającymi przedmiotami. Tym razem udało się przetrwać ten trudny dzień bez komplikacji. Ale całe przedpołudnie goście i załoga spędzili na pełnym trwogi wyczekiwaniu. – Miałam przed oczami to, co spotkało nas w zeszłym roku. Bałam się, że to się powtórzy – mówiła mi jedna z baristek.
logo
Fot. Kamil Sikora / naTemat

Niektórzy pozamykali swoje restauracje – jeśli nie na cały dzień, to chociaż na czas przemarszu demonstrantów. – Kiedy zaczęło się koło nas kotłować zamknęliśmy drzwi – opowiada mi kelnerka z kolejnego lokalu. – Baliśmy się, że wpadną tutaj i narobią bałaganu. Wystarczyło nam to, co widzimy przez okno – dodaje.
Chyba najwięcej strachu najedli się mieszkańcy Placu Zbawiciela i goście tamtejszych kawiarni i restauracji. Jeszcze przed 17 było tam pusto, a na rondzie stał tylko jeden radiowóz policji, który bynajmniej nie pilnował słynnej tęczy, ale po prostu kierował ruchem. Kiedy od Marszu odłączyła się spora grupa żądnych wrażeń demonstrantów, policjanci zniknęli. Bezkarnie podpalono odbudowaną zaledwie dwa dni wcześniej tęczę. Kiedy przyjechali strażacy i próbowali ją ugasić, szybko musieli salwować się ucieczką, bo w ich kierunku poleciały kamienie i race.
Już wcześniej z okolicznych kawiarni pouciekali klienci. – Mieliśmy masę klientów, było bardzo dużo rodzin z dziećmi. Wracali z prezydenckiego marszu – mówi kelner w jednej z restauracji przy Placu Zbawiciela. Prosi, żeby nie ujawniać jego tożsamości ani miejsca pracy, bo boi się zemsty narodowców. – W ciągu kilku minut lokal opustoszał, a ci którzy zostali bali się, że zaraz ktoś wpadnie do środka i coś im zrobi, albo że ktoś wybije okno – opowiada z przejęciem.
– Dzieci podchodziły do mnie i pytały, dlaczego tutaj jest tyle ludzi i dlaczego palą tęczę – opowiada jego koleżanka. – Czuliśmy się naprawdę zagrożeni, bo policji nie było. Przez cały dzień było jej tutaj naprawdę dużo, ale około godz. 15 zniknęli. Zupełnie tego nie rozumiem. Przecież oni powinni nas bronić. A ja czułam, że demonstrantom oddano miasto. Mogli robić, co im się podobało – dodaje.
Zdaniem moich rozmówców zadymiarze czuli, że są bezkarni. – Monitoring nic tutaj nie pomoże, bo większość miała zakryte twarze. A poza tym było ich dużo, czuli, że mają przewagę. Przejmujące było dla mnie to, że kiedy tęcza płonęła, nagle rozległy się gromkie brawa. Do strażaków krzyczano "Nie gaście, nie gaście!". Dlaczego robi się coś takiego? – pyta kelner z Placu Zbawiciela.
logo
Fot. Kamil Sikora / naTemat

Dzisiaj są już spokojni, ale wczoraj emocje były silne. Kiedy tęcza płonęła kelnerki innej restauracji siedziały przestraszone w środku. Kiedy Plac prawie opustoszał, a uczestnicy Marszu poszli dalej, co odważniejsi klienci wrócili do stolików na zewnątrz. Ale pracownice restauracji tak odważne nie były i odmawiały obsługiwania tych, którzy są na dworze.
11 listopada miasto zostało oddane zadymiarzom. Policjanci postanowili trzymać się z boku, nie chcąc prowokować demonstrantów. A powinni chronić tych, którzy płacą podatki m.in. na zapewnienie bezpieczeństwa. Nawet, gdyby oznaczało to nie 70, ale 700 zatrzymanych i użycie nie tylko pałek, ale i armatek wodnych. Spokojni obywatele nie mogą bać się zadymiarzy.