
W Polsce oddolnie organizowana współpraca między obywatelami przeżywa w ostatnich latach szybki rozwój, ale nadal nadrabiamy zaległości wobec Zachodu. – Przezwyciężenie strachu, zbudowanie zaufania, zmniejszenie biurokratyzacji – te przeszkody dla obywatelskiej współpracy wymienia Maria Rogaczewska, pracownik naukowy Instytutu Socjologii UW. Także o tym dyskutowali uczestnicy VIII Ogólnopolskiego Kongresu Obywatelskiego w Warszawie.
REKLAMA
“Polacy nie potrafią ze sobą współpracować” - to mit czy bolesna prawda?
To stwierdzenie, jak każda generalizacja, zawiera w sobie ziarno prawdy i ziarno nieprawdy. Przy spełnieniu pewnych warunków Polacy potrafią ze sobą współpracować. Jednak alchemia tej współpracy jest trochę inna niż w społeczeństwach zachodnich. Trzeba spełnić więcej warunków, żeby ta współpraca się udawała, żeby przynosiła dobre rezultaty, żeby przynosiła wartość dodaną.
Bo czym tak naprawdę jest obywatelska współpraca? Ci ludzie, którzy urządzali w Dzień Niepodległości burdy w Warszawie też ze sobą współpracowali. Musieli się umówić, skrzyknąć. To także była jakaś współpraca. Aby współpraca przynosiła jakąś wartość dodaną, żeby miała dobre cele, musi być spełnionych wiele warunków. W Polsce o wiele więcej niż w krajach zamożnych, z dojrzałą demokracją. Łatwiej jest u nas nie współpracować, to się ludziom po prostu bardziej opłaca.
Dlaczego?
Na przykład ze względu na dużą biurokratyzację. Kiedy państwo wkracza w coraz więcej i więcej sfer życia, to ludzie zaczynają powątpiewać w sens współpracy. Co z tego, że rodzice dogadają się w sprawie zajęć pozalekcyjnych, pomocy dla swojej szkoły, kiedy okaże się, że jej losy są zupełnie od nich niezależne? Bo na przykład samorząd zdecyduje o zamknięciu tej szkoły.
Czego by ci rodzice nie robili, nie mają na to żadnego wpływu. Jedyną szansą jest współpraca z samorządem, partnerstwo publiczno-społeczno-prywatne. Władza musi się wyzbyć zwyczaju górowania nad obywatelami, budowania dystansu, zbudować wzajemne zaufanie. Więc przy spełnieniu pewnych warunków, takich jak przezwyciężenie strachu, zbudowanie zaufania, zmniejszenie biurokratyzacji, ta współpraca jest możliwa.
Rozumiem, że te trzy czynniki to właśnie to, co nas odróżnia od społeczeństw zachodnich?
Tak, bo tam zaufanie jest rzeczą naturalną, jego nie trzeba budować - ludzie po prostu sobie bardziej ufają, tak na co dzień. Biurokratyzacja zależy od kraju, ale z reguły nie ma aż tylu instytucji kontrolujących, a jeśli są, to nie uprzykrzają życia obywatelom ponad miarę.
Często chcemy być „bardziej papiescy niż Papież” i przyjmujemy od Unii Europejskiej wszystkie procedury, a także wymyślamy jeszcze ich bardziej skomplikowane wersje. Nawet te procedury, które w innych krajach budzą podejrzenia, protest. U nas nie, u nas ślepo się je wprowadza i jeszcze bardziej powiększa wrażenie, że życie człowieka jest zdominowane przez instytucje i biurokrację. Więc obywatele krajów Zachodu nie muszą, albo muszą w mniejszym stopniu, przezwyciężać bariery, które u nas istnieją.
Współpraca jest kosztowna. Trzeba konkretnej energii, żeby przełamać ten brak zaufania, marazm, biurokrację. Potrzebny jest jakiś energetyczny lider, który tego dokona. I jeśli te problemy są już pokonane, to jest pole do współpracy, do działania. Zawsze to jednak wymaga energii, wysiłku.
Jaką rolę w skłonności do współpracy odgrywa różnica pokoleń? Czy wychowani w ustroju słusznie minionym są do niej mniej skłonni, niż ci, którzy PRL-u nie pamiętają?
Młodzi ludzie żyją w przestrzeni ponadnarodowej, przestrzeni internetu, w przestrzeni komunikacji, gdzie pojawiają się nowe sposoby budowania zaufania. Użytkownicy Wikipedii ufają sobie nawzajem, chociaż nie widzieli się na oczy. Sami wytwarzają mechanizmy weryfikacji innych użytkowników i budowania zaufania.
Oni żyją w takiej przestrzeni, gdzie nie trzeba się nawzajem kontrolować, są do tego przyzwyczajeni. To duża, demokratyczna przestrzeń, przestrzeń wolności, gdzie wszyscy twórcy, użytkownicy są - przynajmniej teoretycznie - równi sobie. Młodzi ludzie chcieliby przenieść to, co współtworzą w świecie wirtualnym do świata realnego. Chcieliby mieć możliwość współtworzenia, kreowania przestrzeni wokół nich.
Co stoi na przeszkodzie?
Zderzają się ze starymi strukturami, urządzonymi przez starych. Doskonałym przykładem jest szkoła. Doskonale i swobodnie czuję się biorąc udział w dyskusji w internecie czy tworząc artykuł w Wikipedii. Ale kiedy przyjdę do szkoły nauczyciel mówi mi: “Zamknij się”, “Siedź cicho”, “Nie obchodzi mnie, co masz do powiedzenia”. Tak jest w części szkół, może w społecznych jest inaczej.
Na pewno młodzi odczuwają opór starych struktur. Dlatego wiele ciekawych rzeczy dzieje się poza szkołą, na trzech arenach: przestrzeni publicznej, przestrzeni miejskiej i edukacji nieformalnej. Poza tymi sztywnymi strukturami. Młodzi chyba wolą budować te własne niż reformować stare.
Może taka jest natura rzeczy? Nie bez przyczyny mamy sektor POZArządowy.
No tak, ale ci młodzi coś tam sobie na boku budują, tworzą, ale w pewnym momencie odkrywają, że wszelkie zasoby finansowe i wpływy - są w tych starych strukturach. Nawet jeśli mają sprawnie działającą organizację, to muszą w końcu napisać do samorządu wniosek o dotację na działania. U nas nie ma tak wielu filantropów, którzy mogliby to sfinansować, więc w pewnym momencie każdy działacz staje przed tym samym dylematem.
Może albo działać poza systemem, albo do niego wejść i starać się tę skorupę naruszyć. I to jest możliwe przy wkładzie energii, aktywności. Udaje się tworzyć dobrze działające inicjatywy, w które włączone są stare struktury urzędnicze. Ale to nie jest wcale proste i wymaga czasu.
Proszę spojrzeć na to, co robi Stowarzyszenie SIEMACHA w Krakowie i w innych miejscach. To zdecydowanie jedna z najlepszych organizacji pracujących z młodzieżą w Polsce.
Oni stworzyli wiele dobrych praktyk współpracy wielu sektorów. Współpracują z deweloperami, budowniczymi wielkich marketów, którzy tworzą na swoim terenie świetlice młodzieżowe. Mamy tutaj sektor biznesowy, a poza tym samorządowy, pozarządowy i młodzieżowy, wszystkie są zsieciowane i doskonale współgrają. To jednak wymaga silnego przywództwa i czasu, ale takie rzeczy się udają.
Władza zmienia się przez ostatnie lata, czy jednak wygrywa urzędnicza inercja?
Tam jest przede wszystkim bardzo dużo lęku. Nie mamy mechanizmów formowania elit. We Francji czy w Stanach one się formują latami, w dobrych szkołach, gdzie formuje się przede wszystkim charakter i zdolności przywódcze. U nas czegoś takiego nie było i niestety nie ma. Więc nasze elity są wątpliwej jakości i mają negatywne namiętności - kierują się chciwością, strachem, boją się utraty pozycji.
Dlaczego u nas jest tyle różnych instytucji kontrolujących i ciągle powstają nowe? Ze strachu, urzędnicy się boją, że zrobili coś nie tak. Więc kontrolują każdy aspekt życia. Są sparaliżowani tym strachem, boją się podejmować odważne decyzje, boją się narazić społeczeństwu.
To jest chyba największy problem. A na dodatek sporo odważnych ludzi z Polski wyjechało, więc nie zasilą elit. Recepta jest prosta: trzeba kształtować odważne elity, uczyć je charakteru, kształtować postawy, uczyć kwestionowania różnych rzeczy, a nie oportunizmu.
Niektórzy się już tego nauczyli. Tam, gdzie było silne, zorganizowane społeczeństwo obywatelskie, tam samorząd się zmienił. Jeśli ludzie wymusili, żeby nie zamykać szkoły, to samorząd już trochę się boi, szanuje ich, rozmawia z nimi. Kiedy społeczeństwo jest podmiotowe, to władza też się musi zmienić.
Mówi pani o sektorze samorządowym. A jak z podejściem do współpracy jest na poziomie centralnym, w rządzie?
Samorządy mamy lepszej jakości niż rząd. Prezydentów niektórych miast mamy na lepszym poziomie niż ludzi na stanowiskach ministerialnych. Bardziej wierzę w poziom samorządowy niż w poziom rządowy. Część prezydentów miast, wójtów i burmistrzów jest w stanie snuć bardziej dalekosiężne wizje niż rządzący państwem.
Większość ministrów jest z politycznego nadania i rzadko się wśród nich zdarzali wizjonerzy. Minister Jerzy Hausner myślał 20 lat do przodu, miał silne partnerstwo z wieloma sektorami, cały czas konsultował się z obywatelami, myślał o wielu dyscyplinach. Ale to był wyjątek, który zresztą został szybko odsunięty. Gdybyśmy mieli takich ministrów jak on, bylibyśmy zapewne w innym punkcie.
W jakich konkretnych celach zrzeszają się Polacy?
W Polsce w sektorze obywatelskim wyróżniają się liczebnością organizacje sportowe. One pełnią olbrzymią pozytywną rolę, chociaż wiele z nich jeszcze się nie zmodernizowało i potrzebuje wejścia w nowe czasy. Na przykład Ludowe Zespoły Sportowe, które funkcjonują od kilkudziesięciu lat.
To duża część tego sektora, bardzo pozytywny kapitał. I pokazuje też, jak ważna jest ciągłości w sektorze pozarządowym. Wiele z tych organizacji przetrwało z poprzedniego systemu. Zbyt krótko mamy wolność, zaledwie 24 lata, i to za mało, by ten sektor nabrał siły, okrzepł.
Kolejna sprawa to zrzeszanie się do załatwiania kwestii, których nie załatwia państwo. Cały sektor hospicjów, pomocy bezdomnym czy niepełnosprawnym dzieciom - to wszystko organizacje pozarządowe, ludzie, którzy rozwiązują problemy, których państwo nie chciało tknąć. Bo państwo nie zajmuje się nieuleczalnie chorymi ludźmi i ich rodzinami, szczątkowo zajmuje się pomocą niepełnosprawnym dzieciom, więc ludzie musieli to wziąć w swoje ręce.
Jak trwałe są powstające w Polsce organizacje? Ile zależy tutaj od lidera? Mam wrażenie, że często kiedy on odchodzi, to stowarzyszenie przestaje działać.
To tak jak z firmami. Od 30 do 50 proc. z nich upada w pierwszym roku działalności. Ten pierwszy rok jest trudny także dla takiej obywatelskiej inicjatywy chociażby z powodu niezdolności do znalezienia zasobów, niezdolności do zainteresowania ludzi działaniem, do znalezienia klientów.
Klientów?
Tak, organizacja pozarządowa też ma klientów, jak firma. Tymi klientami są jej beneficjenci. Więc ten pierwszy rok czy pierwsze dwa lata są kluczowe i jeśli uda się je przetrwać, stworzyć sieć współpracowników, to te organizacje funkcjonują dalej. Jeśli chodzi o trwałość inicjatyw, to ciekawym przykładem są tutaj stowarzyszenia w parafiach. Ich aktywność bardzo mocno zależy od proboszcza.
Kiedy aktywny proboszcz odchodzi do innej parafii i przychodzi bierny, wszystko pada - świeccy katolicy nie bardzo są w stanie sami tę aktywność utrzymać. Rzeczywiście silny lider jest ważny, potrzebny, ale problem jest taki, że oni nie potrafią wychowywać swoich następców.
Jeśli jesteśmy już przy biznesowych analogiach, to kłopotem jest także koncentracja kapitału. Wiele dużych organizacji jest skoncentrowanych w Warszawie i to one przerabiają największą kasę. W Polsce są już też obecne tak zwane „Quangos”, czyli quasi NGO-sy. To tak naprawdę firmy, które przejadają dużą część środków unijnych, które przez to nie docierają do małych organizacji. Między tymi organizacjami jest spora konkurencja.
Ale to też wymusiło na nich profesjonalizację. Kiedy ona się zaczęła?
Lata 2004-2007 są tutaj kluczowe. Wtedy większość dużych organizacji musiała podjąć decyzję o profesjonalizacji, żeby te środki móc w stanie przerabiać. Ale niestety ta dystrybucja środków była szalenie nierówna, nie następowała ich redystrybucja.
W innych krajach naturalne jest to, że pieniądze dostają najpierw duże organizacje, które przekazują je do tych, które na przykład nie potrafią po nie sięgnąć bezpośrednio, nie potrafią pisać tych projektów. Przydałaby się w Polsce, w nowym okresie programowania, większa skala redystrybucji środków unijnych.
