Happening "Całujmy się pod tęczą" jako protest przeciwko spaleniu konstrukcji
Happening "Całujmy się pod tęczą" jako protest przeciwko spaleniu konstrukcji Screen z Facebook.com

Na happening "Całujmy się pod tęczą" przyszło ok. 150 osób. To protest przeciwko agresji i wulgaryzmowi jakie zaprezentowali chuliganie, którzy podpalili tęczę 11 listopada. Znacznie więcej ludzi przyszło na protest "Dość terroru Marszu Niepodległości". I to pomimo ewakuacji Kampusu Głównego Uniwersytetu Warszawskiego, przed którym zebrali się demonstranci.

REKLAMA
Happening pod tęczą rozpoczął się ok. 16. Część osób poza wymianą pocałunków złożyła pod tęczą kwiaty. Chronione przez policję zgromadzenie miało swój ściśle określony regulamin, a jednym z jego punktów było:

4. Pocałunek stanowi symbol, nie jest jedynym możliwym sposobem okazywania sobie uczuć. Tak jak i tęcza nie posiada symbolicznie jednego znaczenia. Oznacza to, że objąć ramieniem, uśmiechnąć się czy pogłaskać można każdego. Zezwala się na nawiązywanie przyjaźni!


– "Niszczenie przedmiotów nie zmienia znaczenia symboli i nie jest w stanie zniszczyć idei. Paląc tęczę, wandale zniszczyli jedynie fizyczny obiekt! Pokażmy im czego zniszczyć nie mogą! Pokażmy, że miłość i wolność są w nas żywe, że nie wzruszą ich żadne agresywne gesty" – stwierdzili organizatorzy happeningu.
Kilka godzin później około 500 osób zebrało się pod bramą Uniwersytetu Warszawskiego by protestować przeciw "terrorowi Marszu Niepodległości". Tak jak w przypadku happeningu pod tęczą, tak i tutaj, demonstranci zwołali się za pomocą Facebooka. Na prawicy słychać jednak drwiny, że protest przeciwko narodowcom był znacznie mniej liczny niż sam Marsz Niepodległości.