
Choć teoretycznie na wileńskim szczycie może się jeszcze zdarzyć wszystko, wątpliwe jest, by władze Ukrainy oparły się rosyjskiej groźbie totalnej blokady gospodarczej i podpisały umowę stowarzyszeniową z UE. Równie mało prawdopodobne jest to, że Ukraińcy wyjdą na ulicę i urządzą władzom powtórkę z Pomarańczowej Rewolucji. – Niestety, najpewniej Ukrainę czeka powolny dryf w objęcia Rosji – ocenia sytuację Paweł Zalewski.
Grożono ograniczeniem importu towarów przez Rosję, zwłaszcza od firm we wschodniej Ukrainie, gdzie skumulowana jest większa część przemysłu i zatrudnione są setki tysięcy ludzi. Szacunki wskazują, że doprowadziłoby to do miliardów strat. CZYTAJ WIĘCEJ
Czy rzeczywiście cała wina spada na Rosję? Zdania są podzielone – niektórzy twierdzą, że Unia nie zaproponowała Ukrainie pomocy gospodarczej, która pomogłaby przezwyciężyć skutki ewentualnej rosyjskiej blokady, inni, jak wiceszef Ośrodka Studiów Wschodnich Adam Eberhardt cytowany przez Polskieradio.pl, twierdzą, że Janukowycz wodził Unię za nos od samego początku.
Czwartkowa decyzja rządu wywołała rozczarowanie nie tylko wśród polskich komentatorów. Opozycja grzmiała, że to zdrada stanu, a wielu w nocy z czwartku na piątek na słynny kijowski Majdan wyszło ok. 2 tysięcy ludzi, głośno manifestując poparcie dla umowy stowarzyszeniowej. Czy ten protest może być zalążkiem masowego społecznego buntu na miarę Pomarańczowej Rewolucji? Dr Andrzej Szeptycki z Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW twierdzi, że nie.
Choć Ukraińcy relatywnie "chętnie" wychodzą na ulicę, to społeczeństwo jest już za bardzo zmęczone i zniechęcone, by zafundować politykom “drugi Majdan”. Ludzie mają wszystkiego dość: są zawiedzeni efektami Pomarańczowej Rewolucji i zatroskani sytuacją gospodarczą. Bardziej od polityki międzynarodowej interesują ich dzisiaj ceny gazu. Dlatego też masowych protestów nie będzie.
Z opinią tą zgadza się Paweł Zalewski. Dodaje, że piłeczka jest teraz po stronie polityków: zarówno Ukraińskich, jak i unijnych. – Musimy sobie uświadomić, że na kwestię umowy stowarzyszeniowej trzeba patrzeć w szerszej perspektywie, którą wyznacza cały proces transformacji ukraińskiej gospodarki i ukraińskiego państwa – tłumaczy. Według niego problem leży w tym, że ani po stronie ukraińskiej, ani unijnej, nikt na poważnie nie postawił pytania o to, jak owo “wyjście” z oligarchicznego modelu postsowieckiego powinno przebiegać.
Chodzi o intelektualne opracowanie tego, w jaki sposób Ukraina powinna wdrożyć głębokie reformy, których potrzebuje, i co zrobić, by zamortyzować ich ogromne społeczne i gospodarcze koszty.
Jak na razie perspektywa tego typu zmian, przybliżających naszego sąsiada do gospodarczych i politycznych standardów Zachodu, bardzo się oddala. Co zatem dalej z Ukrainą?
Paweł Kowal twierdzi, że umowa kiedyś i tak zostanie podpisana. – Nastroje ukraińskiego społeczeństwa i elit są w tej sprawie jednoznaczne – podkreśla i apeluje, by nie ustawać w wysiłkach o integrację Ukrainy z UE. Z drugiej jednak strony rację ma dr Szeptycki, gdy w rozmowie z nami pyta: – Ile razy można tę samą pannę prosić o rękę? – Były już przecież dwa podejścia. Trudno sobie wyobrazić, żeby Unia błagała Ukraińców o integrację – ocenia ekspert.
Według mnie najbardziej prawdopodobny jest jednak scenariusz, w którym ukraińskie władze nie decydują się na żadne konkretne działania, skupiając się jedynie na swoich krótkoterminowych interesach, a tym samym skazując kraj na dryf. Niestety, w praktyce będzie to dryf wprost w objęcia Rosji, który tak czy inaczej skończy się zawarciem między tymi krajami związku celnego.
Dlatego też Zalewski apeluje jednym głosem z Pawłem Kowalem, aby szukać dróg wyjścia ze strategicznego pata, w jakim utknęła Ukraina i UE. – Nie powinniśmy nawzajem obwiniać się z Janukowyczem o to, kto jest winny klęsce szczytu, ale usiąść do rozmów i ustalić, jak powinna przebiegać ukraińska transformacja, i czy Ukraina jest na nią gotowa – ocenia nasz bloger.


