W Wielkiej Brytanii również mają spore problemy z dopalaczami.
W Wielkiej Brytanii również mają spore problemy z dopalaczami. Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta

Nie tylko w Polsce dopalacze okazują się wielkim problemem. Coraz większe kłopoty z legalnymi w teorii środkami odurzającymi mają także Brytyjczycy. "Chemia przewyższyła prawo" - grzmią dziś dziennikarze w Wielkiej Brytanii. W ten sposób komentują oni coraz częstsze doniesienia na temat tego, czym woli narkotyzować się dziś brytyjska młodzież. Na Wyspach dopalacze dostępne są dziś bowiem równie łatwo, co w Polsce przed działaniami, które kilka lat temu podjął nasz rząd.

REKLAMA
Nad Wisłą dopalacze wróciły i nadal istnieją sklepy, które sprzedają je jako... talizmany. Jednak w Wielkiej Brytanii po dopalacze młodzi chodzą po prostu do kiosku czy sklepu z pamiątkami. Mimo iż podobnie jak w naszym kraju, wszyscy alarmują, iż tego typu środki bywają o wiele groźniejsze dla zdrowia niż "tradycyjne" narkotyki. Na Wyspach tworzy się je bowiem również na bazie środków przypominających raczej skład środków czyszczących.
Do szpitali w Londynie czy Manchesterze najczęściej trafiają nastolatki, które zainwestowały kilka funtów w specyfiki zwane Clockwork Orange i Exodus Damnation. W niektórych kręgach są one w Wielkiej Brytanii podobno już bardziej popularne niż marihuana.
Także dlatego, że wielu Brytyjczyków do sięgnięcia po dopalacze skłania fakt, iż posiadanie innych narkotyków jest surowo karane. - Wydaje się, że nie ma większej świadomości społecznej na temat tego, jak bardzo niebezpieczne są te substancje - mówi brytyjskiej edycji serwisu HuffingtonPost Harry Shapiro z organizacji DrugScope.
Brytyjska pisarka Katie Winrow na swoim blogu opisuje tymczasem własne doświadczenia związane z zażywaniem dopalaczy. Ona szukając ukojenia w narkotykach postanowiła kupować dopalacze właśnie dlatego, że posiadanie ich nie jest zagrożone żadną karą. - W ciągu sześciu miesięcy straciłam mój dom, pracę i zdrowie psychiczne - streszcza swoje doświadczenia.
Brytyjczycy nie zamierzają jednak być w walce z dopalaczami tak stanowczy, jak przed laty rząd Donalda Tuska w Polsce. Zbulwersowany rosnącą liczbą zatrutych nastolatków premier postanowił bowiem przyzwolić urzędnikom na działanie na granicy prawa, dzięki czemu sklepy z dopalaczami zamykano ze względów sanitarnych.
W brytyjskiej Izbie Lordów właśnie forsowana jest propozycja, by zmienić zasady obrotu "substancjami niskiego ryzyka". Pod tym pojęciem kryją się produkty bazującej na marihuanie i właśnie część relatywnie bezpiecznych dla organizmu dopalaczy. Inaczej niż teraz tego typu substancje mają być jednak specjalnie oznaczone. Tak, by na opakowaniu znajdowały się informacje na temat ryzyka i skutków ubocznych, a także maksymalnej zalecanej dawki.