W II RP kobieta była wcieleniem zła. Rozmowa z Kamilem Janickim

W II RP każda kobieta była wcieleniem zła.
W II RP każda kobieta była wcieleniem zła. fot. Shutterstock
"Mężczyzna, jeśli dokonywał zbrodni, miał do tego jakiś dobry powód – był dżentelmenem, bronił honoru, albo choćby się mścił. Natomiast kobieta po prostu była zła. Z natury" – mówi mi Kamil Janicki i przekonuje, że w międzywojniu też byłabym materiałem na morderczynię. Z autorem książki "Upadłe damy II Rzeczpospolitej" rozmawiam o przedwojennej obyczajowości i kobietach, które dokonywały największych zbrodni.

Poświęciłeś już drugą książkę II RP. Dlaczego?

II Rzeczpospolita przedstawiana jest jako czas honoru i pięknych zasad. To jest niestety wyidealizowany, może nawet zakłamany sposób patrzenia na historię, upiększanie jej. U progu III RP potrzebowaliśmy tego mitu, by nie trzeba było wychodzić z komunizmu z przekonaniem, że budujemy kraj od zera. Ale minęło ponad 20 lat i czas spojrzeć na prawdziwą historię.


Czyli? Jaka była II Rzeczpospolita?

Krótko mógłbym powiedzieć, że niestety była siedliskiem patologii.

A długo?


Była strasznie podobna do naszych dzisiejszych czasów. Lubimy nieustannie podkreślać, że dawniej wszystko było lepiej, trawa była bardziej zielona, młodzież grzeczna, a ludzie honorowi i eleganccy. A to nieprawda, bo w dawnej Polsce były bardzo podobne problemy co dzisiaj. Tyle tylko, że w wielu przypadkach posunięte do skrajności. Mamy tutaj znudzone, rentierskie elity, spadkobierców resztek XIX-wiecznych fortun. Jest mnóstwo bawidamków, córek znanych tatusiów, które z nudów chodzą na rozprawy sądowe, żeby oglądać tych, którzy posunęli się o krok za daleko. Są też kobiety, które – często dla zabawy – same schodzą na drogę zbrodni.

Możemy narzekać na dzisiejsze złe obyczaje, epatowanie seksem, rozwiązłość, rozwody...

Ale to przecież prawda.

A jak było dawniej? Otóż dawniej, gdy ktoś chciał się rozstać z małżonkiem, to wyciągął nóż... No i brał drastyczny rozwód. Skala zbrodni małżeńskich była niewyobrażalna jak na dzisiejsze standardy, bo zwyczajnie nie było innej możliwości.

Naturalnie, przy odpowiedniej pozycji można było sobie pozwolić na więcej, choćby zmienić wyznanie, jak Piłsudski, albo jak prezydent Mościcki przeprowadzić dla sekretarki postępowanie o unieważnienie małżeństwa. To było jednak bardzo trudne i kosztowne, więc w wielu przypadkach w grę wchodziła zwykła trucizna. I to nie tylko w niskich warstwach, znacznie ciekawsze są elity, o których piszę w książce.


Gdzie tkwi różnica? Zbrodnia, to zbrodnia.

Dziś przedstawiamy tych ludzi jak luminarzy narodu, którzy po I wojnie budowali zgodnie cegiełki wolnej Polski. Nie ma w tym wiele prawdy, pisał o tym już najsłynniejszy przedwojenny prozaik Tadeusz Dołęga-Mostowicz. W jego powieściach widać, jak każdy każdemu ręce myje, a wszystko przykrywa płaszczyk hipokryzji.

Ja również wyłowiłem takie historie. Weźmy na przykład szantażystkę z Poznania, która rozesłała kilkadziesiąt anonimowych listów do najbardziej szanowanych obywateli: księży, kanoników, biznesmenów, podając się za ich dawną kochankę, która domaga się pieniędzy w zamian za milczenie. O dziwo, pieniądze szybko zaczęły do niej spływać. To pokazuje, co było normą w tym środowisku, wysoko postawieni mężczyźni nie wzięli tego za głupi żart, więc albo mieli coś na sumieniu, albo wiedzieli, że towarzystwo uwierzy, że mają. Ze źródeł wynika, że wyłącznie dwie osoby nie dały się nabrać. I tylko dzięki nim ją ujęto.

Kim była przestępczyni?

Okazuje się, że to była milionerka tak znudzona swoim życiem, że zabawiała się kosztem całej śmietanki towarzyskiej Poznania, chcąc się zemścić na narzeczonym. Absurd tym bardziej, że bohaterka tej afery zarobiła dodatkowe pieniądze na książce – zaraz po zakończeniu procesu wydała pamiętniki, w których opisała, jak oszukiwała towarzystwo.

No proszę. A ja pamiętam jeszcze oburzenie, jakie wywołała książka ze wspomnieniami Katarzyny Waśniewskiej, skazanej już teraz za morderstwo córki.

Wejdę ci w słowo, bo moja książka pokazuje też, jak działali dziennikarze. Jeszcze kilka miesięcy temu powiedziałabyś nie o Katarzynie Waśniewskiej tylko o Katarzynie W.

Inaczej bym nie mogła.

A wtedy było tak, że wieczorem zostaje popełniona zbrodnia, a rano personalia podejrzanego są na czołówkach gazet: imię, nazwisko, rodzice, córka, syn, adres, adres rodziców, miejsce pracy. Każdy szczegół, który może się przydać. To łamało życie.

W książce opisuję sprawę podobną do przypadku Katarzyny Waśniewskiej – zabójstwo małej Zosi. Kiedy okazało się, że to matka zamordowała swoją 12-letnią córkę i zaangażowała policję w jej poszukiwania, gazety podały adres jej rodziców. Kochający dziadkowie nie mieli nawet jak rozpaczać po stracie wnuczki i wieści, że to ich córka zabiła, bo musieli odgradzać się od tysięcznych tłumów. Ludzi, którzy przyszli zobaczyć, jak wygląda ciało dziewczynki, które przez tydzień leżało w dole pod sławojką (tam zwłoki ukryła morderczyni). "Głos Poranny" zachwycał się, że dzięki jego materiałowi, ulica Jasna stała się ciemna od ludzi.

Wyobraźmy sobie to z perspektywy moralnej – zginęła mała dziewczynka, jest tragedia, a dziennikarze sobie z tego żartują. Nawet dzisiejsze bulwarówki by się chyba do tego nie posunęły.

Ale w wielu publikacjach unikano też podawania nazwisk.

Twórczyni największego skandalu korupcyjnego w II Rzeczpospolitej, Wanda Parylewiczowa, była tygodniami przedstawiana jako pani prezes z tureckiego klanu. Czyli każdy wiedział o co chodzi, ale gazeta była bezpieczna. Pamiętajmy, że to są czasy ostrej, często wręcz brutalnej cenzury politycznej. Z perspektywy czasu bardzo trudno jest jednak ten kod zrozumieć.

To utrudniało twoją pracę? Opierałeś się tylko na dokumentach, czy udało ci się odnaleźć jeszcze jakichś świadków?

W sprawie Zyty Woroniewskiej, szlachcianki, która zamordowała narzeczonego, udało mi się dotrzeć, do jej bratanka, który jest obecnie wysoko postawionym polskim dyplomatą w Niemczech. Pomógł mi odtworzyć prawdziwą historię, która okazała się być zupełnie inna, niż ją pokazywała prasa.

Na początku wiemy, że zabiła.

A gazety tytułują ją jako "nową Katarzynę Wielką", "nimfomankę", "wampirzycę", która zamordowała, bo kochanek nie sprostał jej w łóżku. Prawda okazała się taka, że zamordowany był patologicznym sadystą i dlatego Zyta Woroniewska załamała się psychicznie. Była raczej ofiarą, niż sprawcą, bo najpierw ukrzyżowała ją prasa, później znęcał się nad nią polski wymiar sprawiedliwości...

Jak to?

To był proces pokazowy, prokurator uwziął się, żeby na jej przykładzie udowodnić, jaka polska arystokracja jest zepsuta. Skazano ją na więzienie, trafiła na Pawiak. Natomiast jej historia ma zaskakujący epilog - podczas wojny okazała się bohaterką. Mimo że jej życie było złamane, zaangażowała się w konspirację, ukrywała w swoim domu broń, została złapana i... wróciła na Pawiak. Tyle że już niemiecki, najgorsze więzienie, z najbardziej okrutnymi funkcjonariuszami.

Piszesz tylko o kobietach – zbrodniarkach. Dlaczego?

Bo wówczas to kobiece zbrodnie wywoływały największe emocje. Na przykładzie Zyty Woroniewskiej widać klasyczną, przedwojenną obsesję na punkcie kobiet. Mężczyzna, jeśli dokonywał zbrodni, miał do tego jakiś dobry powód – był dżentelmenem, bronił honoru, albo choćby się mścił. Natomiast kobieta po prostu była zła. Z natury. Na bazie jakichś przetworzonych Freudowskich teorii przyjmowano, że każda kobieta ma w sobie wrodzony ciemny pierwiastek. Ty też przed wojną byś była materiałem na morderczynię.

Takie myślenie podtrzymywało czołowe pismo brukowe w tamtym czasie, "Tajny Detektyw". To zresztą tam przeczytałem o Zycie Woroniewskiej. Ja sam w pierwszej chwili dałem się ponieść tej narracji i natychmiast poszedłem opowiedzieć żonie o przedwojennej wampirzycy – nimfomance.

Która z historii wywarła na tobie największe wrażenie?

To historia Zbigniewa Gierszewskiego. Sprawa morderstwa, które początkowo wcale… nie była morderstwem. Znaleziono ciało jednej z najbardziej znanych i wpływowych architektów przedwojennej Warszawy, który wzbogacił się na wielkim spadku, potem go pomnożył, no i najwidoczniej popełnił samobójstwo. A przynajmniej to orzekła zebrana nad stygnącym trupem grupa w składzie: lekarz, policjanci, rodzina.

Kompetentna polska policja nie zauważyła rany postrzałowej w głowie. Kompetentny lekarz natomiast znalazł na miejscu zbrodni jakąś kartkę z napisem po łacinie. A że tej nie znał zbyt dobrze, orzekł, że to musi być recepta na truciznę i wpisano w dokumentach samobójstwo. Dopiero w zakładzie pogrzebowym ktoś zauważył, że jednak denat ma przestrzeloną czaszkę.

Jaki był finał?

Ta historia pokazuje tą naprawdę zepsutą, zdegenerowaną polską elitę. Kiedy policja jednak zaczęła się interesować sprawą, okazało się, że każda kobieta związana jakoś z inżynierem Gierszewskim była podejrzana. To mogła być jego żona, która miała trzech kochanków i mnóstwo powodów, by przejąć jego pieniądze. To mogła być jego służąca, która jako jedyna była wtedy w domu. To mogła być jego matka, która po nocach malowała na murach napisy krytykujące rodzinę. Ale mogła być i siostra, która odziedziczyła dużą część tego samego spadku, ale roztrwoniła wszystkie pieniądze i ratowała się nawet kradzieżą pensji własnej sprzątaczki. Wyjaśnienie zagadki - w książce.

Nieudolność wymiaru sprawiedliwości wydaje mi się drugim głównym wątkiem książki. Ale opisujesz jednego bohatera, którego nie powstydziliby się nawet autorzy najlepszych seriali kryminalnych.

Prokurator Hrabyk był łowcą kobiet. Pojawia się jako młody, niedoświadczony prawnik, na którego zrzucone jest śledztwo, wydające się ślepą uliczką, w którym ktoś się musi po prostu położyć. On jednak, zamiast się poddać, szybko łączy wszystkie fakty i przygląda się wysoko urodzonej panience, która przez zasłonięte żaluzje pokoju, z odległości kilku metrów dokładnie widziała sprawcę przestępstwa...

Udaje mu się ją przyskrzynić, ale sąd nie skazuje jej na więzienie, orzekając niepoczytalność w chwili dokonania przestępstwa. Ale, że owa niepoczytalność minęła, nie trzeba było jej kierować do szpitala psychiatrycznego. Przestępczyni to jednak nie wystarcza – wytacza mu proces o zniesławienie.

Co stało się z prokuratorem?

Na sprawie szantażystki z Poznania zdobył sławę człowieka do spraw niemożliwych. Gazety rozpisywały się o nim, natomiast on po dwóch - trzech latach został znanym adwokatem, który wyciągał ludzi zza kratek, a nie ich za nie wsadzał. A przy okazji zamiast zbierać pochwały, zaczął inkasować pokaźne czeki.

Czyli, jak zwykle - to samo, co dziś.

*Kamil Janicki jest historykiem i pisarzem. Prowadzi serwis ciekawostkihistoryczne.pl. To autor książek „Pijana wojna” i „Pierwsze damy II Rzeczpospolitej”. Ostatnio ukazała się jego kolejna publikacja: „Upadłe damy II Rzeczpospolitej” (wyd. Znak).

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...