
Cudza własność - cudowne słowo klucz, którego używają przeciwnicy skłotów. Trudno się nie zgodzić - jeśli ktoś włamuje się nam do mieszkania i zaczyna je okupować trzeba się go pozbyć. Najlepiej jeszcze przyłożyć pałą. Prawda? Nieprawda. Bo nie o mieszkaniach mówimy, a oprócz prawa własności istnieje na szczęście jeszcze coś takiego jak ludzka wrażliwość i przyzwoitość. Niestety niezapisana w formie żadnego kodeksu.
Trudno mi zrozumieć ludzi, którzy kibicują akcji policji wyrzucającej skłotersów (w zimie!) na bruk. Zwłaszcza, że na czołowych obrońców "prawa własności" wyrastają zwykle ludzie, którzy pod płaszczykiem tego prawa przemycają swoje osobiste antypatie polityczne i światopoglądowe.
Ot taki Wojciech Wybranowski z tygodnika "Do Rzeczy", który na Twitterze relacjonował - praktycznie minuta po minucie - policyjną akcję opróżniania z "lewaków" warszawskiego skłotu OdNowa przy ul. Nowogrodzkiej.
Przyjechala straz pozarna. Beda sciagac lewakow z balkonu?
— Wojciech Wybranowski (@wybranowski) grudzień 11, 2013
Buaha. Anarchisci-" dzis wychodzimy dobrowolnie i chcemy zeby przyjechala straz pozarna i nas stad zabrala". Co jeszcze? Kwiaty i dyplomy?
— Wojciech Wybranowski (@wybranowski) grudzień 11, 2013
Paranoja. Grupa anarchistow ktora wymknela sie policji zabarykadowala sie na balkonie a policja pozwala podawac im na linach napoje
— Wojciech Wybranowski (@wybranowski) grudzień 11, 2013
Ten tlum lewakow ktory sie tu zgromadzil jest przekonany, ze to policja lamie prawo a oni na legalu moga zajmowac cudza wlasnosc
— Wojciech Wybranowski (@wybranowski) grudzień 11, 2013
Egzaltacja Wybranowskiego wzniosła się prawie na poziom redaktora Maślankiewicza z TV Republika, który przeszedł do historii dzięki histerycznym wrzaskom o policji depczącej mu po kablach podczas Marszu Niepodległości.
Przeciwny punkt widzenia: Przestańcie bronić skłotersów! Brońcie prawa własności, które oni łamią
Różnica jest taka, że tu zamiast policji depczącej niezależny, dziennikarski kabel mamy lewaków depczących prawo własności.
Wydaje mi się, że dzięki takim Wybranowskim tak zwana opinia publiczna dostaje prosty i pozornie spójny komunikat: jacyś lewacy włamują się do czyjegoś mieszkania i bezprawnie je zajmują. Biedni właściciele płaczą, bo pewnie nie mają się gdzie podziać, a lewaki pasą się na ich krwawicy. Zresztą takie argumenty padają często wprost. Faktycznie paskudny obraz. Tyle, że nieprawdziwy.
Nikt nie zajmuje niczyjego mieszkania. Sprawa w ogóle nie dotyczy mieszkań. Mówimy o opustoszałych, zrujnowanych, pustych budynkach.
Czym są skłoty? Kim są skłotersi? To temat na rozprawę naukową, na którą nie ma tu miejsca, więc może krótko.
Skłot powstaje gdy zetkną się dwie wypadkowe: 1. Grupa ludzi, którzy niezależnie od poglądów politycznych i wyborów życiowych (bo to nie jest w tym momencie istotne, istnieją też nacjonalistyczne skłoty) szuka dla siebie miejsca do życia. Ci ludzie nie są bogaci z domu, nie pracują w opiniotwórczych prawicowych mediach, chcą po prostu spokojnie żyć. I pomagać innym, często wykluczonym społecznie i gospodarczo. 2. Opuszczony, często zniszczony budynek, którym nikt się nie interesuje i który straszy odpadającym tynkiem i dziurami po oknach. Gdyby grupa z punktu 1. na niego nie trafiła straszyłby dalej.
Ci ludzie nie zajmują czyjegoś domu. Oni tworzą swój dom z miejsca, którym nikt się nie zajmuje. W szczególności nie zajmuje się ten, który ma hołubione przez przeciwników skłotów prawo własności. Jeśli traktować prawo nieludzko i zimno to tak: ci ludzie nie mogą tam mieszkać. Ale nasze państwo, tak jak wiele państw w Europie (Holandia, Hiszpania, Dania, Wielka Brytania i tak dalej) powinno, a nawet musi, kierować się również interesem społecznym. A ten interes mówi, że lepsi są ludzie w skłocie, niż rudera grożąca zawaleniem.
Co zrobili skłotersi na Nowogrodzkiej? Zastali budynek, który zagrażał bezpieczeństwu przechodniów i sąsiadów. Przez trzy miesiące własnymi rękami i za własne pieniądze (na prośbę sąsiadów i w porozumieniu z nimi) usunęli wszystkie zagrożenia budowlane: gołe przewody pod napięciem, otwarte skrzynki instalacji elektrycznej, powybijane szyby trzymające się w ramach na słowo honoru i zagrażające przechodniom, otwarty i niezabezpieczony szyb windy - idealne miejsce do zabawy dla okolicznych dzieciaków. Słowem zrobili wszystko to, co miał obowiązek zrobić człowiek z "prawem własności". Tak zrobili to samowolnie. Ale zrobili to, z czym państwo i właściciel sobie nie poradzili.
Potem zamieszkali w budynku, którym - przypominam - nikt się nie interesował. Jak wszyscy skłotersi mieli zamiar pomagać tam ubogim, wydawać posiłki, przenocować ludzi bez dachu nad głową i tak dalej i tak dalej. Szczytny cel? A może lepsza jest rudera zagrażająca życiu i zdrowiu?
Nie wiem jakim człowiekiem jest właściciel tej nieruchomości. Ale wiem jak często postępują inni właściciele budynków stojących w atrakcyjnych miejscach Warszawy. Otóż nie robią nic. Czekają, aż budynek - często zabytkowy - zniszczeje na tyle, że konieczne będzie jego wyburzenie. I w jego miejscu powstaje kolejny szklany bank.
Nie zgadzam się, by państwo stosowało prawo wybiórczo tylko do lokatorów, a nie do właścicieli. Jeśli ścigałoby ludzi z "prawem własności" i kazało im płacić kary za wszystkie ich zaniedbania - w porządku. Wtedy byłoby po równo. Ale dziś wygląda to tak, że po łbie znów dostaje ten słabszy i biedniejszy. I od człowieka ważniejsza się staje rudera. Ku uciesze Wybranowskich tego świata.