
Ponad rok po opublikowaniu artykułu o trotylu na wraku tupolewa jego autor pozostaje odporny na argumenty i wyniki badań. Według "Naszego Dziennika" prokuratura dostała ekspertyzy udowadniające, że na wraku nie ma śladów substancji wybuchowych. Zdaniem Gmyza to… potwierdza jego tezę. Zaiste intrygująca logika.
Według ekspertyz Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego na wraku Tu-154M nie ma śladów materiałów wybuchowych, o czym pisaliśmy już w naTemat. Wydawałoby się, że to ostateczny dowód na pomyłkę Cezarego Gmyza, który 31 października 2012 roku obwieścił na czołówce "Rzeczpospolitej", że na wraku samolotu, który rozbił się w Smoleńsku był trotyl. Ale z jego wypowiedzi dla portalu Niezależna.pl wynika coś zupełnie innego.
Cezary Gmyz
dziennikarz "Do Rzeczy", były dziennikarz "Rzeczpospolitej"
Gmyz chce usłyszeć, dlaczego wyniki badań, na podstawie których napisał on swój artykuł o trotylu na wraku tupolewa były błędne. Z zacytowanej powyżej wypowiedzi można wywnioskować, że zdaniem Gmyza doszło do zatuszowania śladów zamachu. "Cały czas nie można przesądzać co się wydarzyło 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku" – przekonuje.
Tymczasem Laboratorium Kryminalistyczne Policji w Warszawie przekazało prokuraturze wojskowej ekspertyzy biegłych, które wskazują, że badanie ponad 300 próbek pobranych w tym roku w Smoleńsku nie wykazało obecności materiałów wybuchowych. "Tych ekspertyz jest kilka. To dobrych kilkaset kart" – potwierdził w rozmowie z "ND" ppłk Jarosław Sej, referent śledztwa smoleńskiego.
czytaj także:
Źródło: Niezależna.pl
