Azar Orujov został wydalony z Polski, ponieważ uznano go za zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju. O co dokładnie jest oskarżany? Nie wiadomo. Dokumenty są tajne.
Azar Orujov został wydalony z Polski, ponieważ uznano go za zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju. O co dokładnie jest oskarżany? Nie wiadomo. Dokumenty są tajne. Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Azar Orujov od 5 lat mieszkał w Krakowie. Jest tłumaczem, pod Wawelem znalazł dobrą pracę, założył rodzinę, tam przed trzema miesiącami urodził mu się syn. Obywatel Azerbejdżanu mówi jednak, że za sprawą jednej decyzji ABW złamano mu życie: został uznany za zagrożenie dla polskiego państwa i deportowany. – Nie mam pojęcia, o co mnie podejrzewają. Wszystkie dokumenty są tajne – mówi w rozmowie z naTemat o sprawie, która przypomina Kafkowski "Proces".

REKLAMA
O sprawie Azara Orujova polskie media pisały w listopadzie: okazało się wówczas, że mieszkającemu w Polsce od lat 27-letniemu Azerowi grozi deportacja. Powód? Wedle ABW stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa naszego kraju. W okresie Bożego Narodzenia spełniły się najgorsze obawy jego i jego żony – pochodzącej z Ukrainy Mariny: polskie władze nakazały Azarowi wyjazd z kraju. Mężczyzna zostawił tu żonę, dziecko, pracę i niespłacony kredyt. I dotąd nie ma pojęcia, dlaczego ktoś podjął decyzję, która jak mówi “złamała mu życie”.
ABW od początku tłumaczy, że dowody winy Azera są tajne. W rozmowie z portalem Gazeta.pl jej rzecznik ppłk. Maciej Karczyński mówił, że Agencja rocznie opiniuje ok 700 tys. wniosków dotyczących cudzoziemców: – Procent negatywnych opinii jest znikomy. Są to pojedyncze przypadki. Nie jest tak, że się czepiamy lub robimy komuś na złość. My pracujemy na rzecz bezpieczeństwa naszej Ojczyzny i wszystkich ludzi tutaj przebywających – przekonywał. Więcej szczegółów nie mógł jednak podać.
Azar Orujov, który studiował w Polsce i na stałe tu zamieszkał, zapewnia jednak, że jest niewinny, a nasz kraj to jego “druga ojczyzna”. Tymczasem mijają dwa tygodnie, od kiedy przymusowo jest na Ukrainie. – W tej chwili mam w kieszeni 30 zł. Nie pozwolono mi nawet zabrać ze sobą mojego laptopa – mówi w rozmowie z naTemat.

Jak wyglądały w tym roku pana Święta?
Azar Orujov: Jak się pan pewnie domyśla, nie były wesołe. Moja żona i syn zostali w Krakowie, a ja Boże Narodzenie i Nowy Rok spędziłem na Ukrainie. Dziś, w prawosławne Święta, też jestem właściwie sam. Od dwóch tygodni czekam na żonę, na Ukrainie nie mam znajomych.
Dlaczego żona do pana nie dołączyła?
Nie mogła jeszcze przyjechać ze względu na szczepienia naszego dziecka. Mam z nią tylko sporadyczny kontakt: właściwie nie wiem, w jakim jest w stanie, ani jak się czuje nasz syn. Całe moje życie zostało w Krakowie.
Czy są jakiekolwiek widoki na zmianę decyzji o pana deportacji?
Cały czas mam nadzieję, że coś się w końcu zmieni w tej sprawie. Chciałbym, żeby polskie władze usłyszały mój głos i żeby ludzie w ABW zrozumieli, że nie jestem żadnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa Polski, która jest moim drugim domem. Czuję się jak pies, którego ktoś wyrzucił z domu. Na mróz... W Polsce miałem rodzinę, pracę, kredyt. Tą jedną decyzją złamano mi życie.
Proszę od początku opowiedzieć o pana problemach z ABW.
Wszystko zaczęło się od wezwania mnie do ABW w związku z podpisaną przez prezydenta Komorowskiego abolicją dla cudzoziemców.
Pan był w Polsce nielegalnie?
Nie. To jest właśnie w tej historii dziwne. Od początku byłem w Polsce zupełnie legalnie. Nie podlegałem abolicji.
Co takiego wydarzyło się w trakcie tego spotkania w ABW, że zaczęły się pana kłopoty?
Ponieważ nie miałem w tym czasie stałej pracy, a jedynie pracowałem na umowy o dzieło czy zlecenia, zaproponowałem ABW swoje usługi jako tłumacz: mam spore doświadczenie w tłumaczeniach.
To był błąd?
Myślę o tym cały czas. Od dwóch tygodni tu na Ukrainie codziennie się nad tym zastanawiam. Nie wiem. W każdym razie zaproszono mnie na kolejne spotkanie. I wtedy zaczęto mnie bardzo dokładnie “prześwietlać”. Pytano o to, gdzie, kiedy i z kim się w przeszłości spotykałem, gdzie pracowałem. Całą moją karierę miałem dobrze udokumentowaną: pokazywałem kolejne umowy, tłumaczyłem. Ale mi nie ufano.
Był pan o coś podejrzany?
Nie wiem, o co mnie mogli podejrzewać. Pytali, kto jeszcze wie, że do nich przyszedłem. Sugerowali, że ktoś mnie specjalnie podesłał. A przecież sami zaprosili mnie na spotkanie!
Ile trwały pana kontakty z ABW?
Około dwóch lat. Funkcjonariusze zapraszali mnie na kolejne spotkania, przesłuchiwali, dzwonili do mnie podając się za osoby poszukujące korepetycji językowych. Utrudniało mi to normalne funkcjonowanie i pracę. W pewnym momencie powiedziałem im, żeby dali mi spokój, bo ciągle nie wiedziałem, czego ode mnie chcą. Nie mogłem tego wytrzymać.
Nie dowiedział się pan nigdy, o co jest podejrzewany?
Nie. Tak samo jak nie wiem, dlaczego ABW uznało mnie oficjalnie za zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Wszystko to było objęte tajemnicą.
Pod koniec 2013 roku na wniosek ABW urząd wojewódzki w Krakowie wydał decyzję o tym, że musi pan opuścić Polskę. Skąd ta decyzja?
Nie mam pojęcia. W wydziale do spraw cudzoziemców, który zajmował się moją sprawą, przekazano mi informację, że wszystkie dokumenty dotyczące mojej rzekomej winy są tajne. I jeśli dobrze rozumiem, cała ta sytuacja jest w pełni zgodna z polskim prawem. Nie rozumiem dlaczego w kraju, który jest moją drugą ojczyzną, spotyka mnie taka niesprawiedliwość. Przecież cała moja przeszłość może być dokładnie sprawdzona – wszystkie telefony, rachunki bankowe. Nie mam nic do ukrycia. Gdybym był szpiegiem, nie walczyłbym teraz o swój powrót do Polski.
Internetową petycję w sprawie wstrzymania pana deportacji podpisało 5 tysięcy osób. Ale to nic nie dało.
Nie. Urząd chciał szybko zamknąć temat, więc zostałem niemal od razu przewieziony do ośrodka dla nielegalnych imigrantów, gdzie spędziłem 6 dni. A teraz jestem na Ukrainie.
Co chce pan teraz zrobić?
Będę bronił swojego dobrego imienia. Złożę skargę do warszawskiego wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Mam nadzieję, że po wglądzie do moich akt sąd zmieni decyzję o wydaleniu mnie z Polski. Jeśli się to nie uda, pójdę do Sądu Najwyższego i Trybunału Praw Człowieka.
To może potrwać. Co planuje pan robić do tego czasu?
Nie wiem. W tej chwili mam w kieszeni 30 zł. Nie pozwolono mi nawet zabrać ze sobą mojego laptopa. Muszę znaleźć na Ukrainie pracę, żeby utrzymać żonę, która jest teraz na urlopie macierzyńskim. Musimy spłacać kredyt. Na razie żona przyjedzie do mnie do mnie, zamieszkamy u jej rodziców.