[url=http://shutr.bz/1a5iqb8] Sesja, czyli studenckie piekło [/url]
[url=http://shutr.bz/1a5iqb8] Sesja, czyli studenckie piekło [/url] Shutterstock

Już za chwilę rozpocznie się zbiorowy płacz i zgrzytanie zębów, a sakramentalne pytanie „czemu znowu nie uczyłem się na bieżąco?!” będzie się pojawiać na tysiącach ust. Wielkimi krokami zbliża się sesja zimowa, czyli festiwal niszczenia sobie psychiki i organizmu, PRL-owskich kolejek w punktach ksero, oraz powolnego zapominania jak wyglądają twarze znajomych. - Masz jakieś ciekawe wspomnienia związane ze swoją pierwszą sesją? - zapytałam Sandrę z drugiego roku medycyny. - Chyba tylko takie, że ją przeżyłam - odpowiedziała całkiem serio.

REKLAMA

Żarty na bok Ten stary i może mało zabawny kawał, najlepiej obrazuje nasze smutne, studenckie życie. Jest miło i wesoło, jednak wszystko to kończy się wraz z momentem, gdy w kalendarzu nieubłaganie zaczyna zbliżać się data rozpoczęcia sesji. A kiedy już studenckie piekło się zacznie, nocy nie zarywa się przez imprezy, a przez nieustanne wkuwanie.

Punkty ksero przeżywają oblężenie. BUW przyjmuje nieszczęśników w swe otwarte ramiona aż do piątej nad ranem. Strugami nie leje się alkohol, a energetyki. Domyślam się, że trakcie sesji niebezpiecznie wzrasta także zapotrzebowanie na wszelakie narkotyki, o co mogłabym wypytać zaprzyjaźnionego dilera, lecz niestety nie mam żadnego zaprzyjaźnionego dilera.

Zły zjazd W przeciwieństwie do Marty, której „zwykłe” studenckie wspomagacze przestały wystarczać rok temu - Raz próbowałam sobie pomóc narkotykami, ale już nigdy więcej tego nie zrobię – mówi znajoma – Wielu kolegów namawiało mnie, żebym spróbowała, bo narkotyki dają o wiele lepsze efekty niż jakiekolwiek napoje energetyczne. Sama wlewałam je w siebie jak wodę. Pod koniec sesji mój organizm przestał na nie jakkolwiek reagować, więc stwierdziłam, że muszę sobie bardziej „pomóc”.

Nie była to jej pierwsza przygoda z narkotykami. Wcześniej zdarzało jej się palić marihuanę na imprezach, jednak tych ciężkich dragów nie próbowała nigdy. - Znajoma załatwiła mi jakąś specjalną, „studencką” mieszankę, którą dilerzy karmią naiwniaków podczas sesji. Podobno ułatwia skupienie, wchłanianie informacji i sprawia, że nie czuje się zmęczenia. - Nawet nie wiem co to dokładnie było, lecz koleżanka mówiła, że na nią działa po prostu świetnie i jej zaufałam - wspomina Marta.

W efekcie przeżyła, jak to określiła „bardzo mocny zjazd” i przez całą, nieprzespaną noc czuła się tak fatalnie, że w efekcie nie poszła na egzamin – Dopiero pod koniec następnego dnia ledwie zwlekłam się z kanapy. Pierwszy termin przepadł, na zwolnienie lekarskie raczej nie miałam co liczyć, bo przecież kompletnym idiotyzmem byłoby poddawać się diagnozie w takim stanie. Zdałam ten przedmiot w drugim terminie, już bez żadnego dodatkowego wspomagania – kończy Marta.

Pod prąd Wbieganie na egzamin w ostatniej chwili jest na drugim miejscu, jeżeli chodzi o statystykę "przypałów" w trakcie sesji. - Jak zwykle w trakcie semestru olałem sprawę i zdecydowałem się uczyć dopiero dzień przed egzaminem, około dziewiątej wieczór – opowiadał Wojtek. - Zaopatrzyłem się w cztery napoje energetyczne i zacząłem naukę. Udało mi się skończyć o piątej, a egzamin był o ósmej. Mimo energetyków czułem się bardzo zmęczony, więc pomyślałem, że położę się spać na półtorej godziny, a później jeszcze raz przeczytam streszczenie materiału i pojadę autobusem na uniwersytet.

- Kiedy moje oczy się otworzyły, od razu dotarło do mnie, że jak na krótko po szóstej jest trochę zbyt jasno. Chwilę później zobaczyłem na zegarku 7:45 – śmieje się Wojtek. - Szybko spakowałem rzeczy do torby, poszedłem do łazienki i spojrzałem do lustra. Wyglądałem tragicznie, jednak nie miałem czasu, żeby cokolwiek z tym zrobić.

Zebrał ubrania z podłogi, złapał klucze do samochodu, zbiegł na dół z czwartego piętra. Była za dziesięć ósma. Pruł samochodem przez małe uliczki 100 km na godzinę, a na sam koniec tę, która prowadziła na uniwersytet i była jednokierunkowa, pokonał pod prąd, na awaryjnych światłach. - Na salę trafiłem punkt ósma. W trakcie egzaminu zasnąłem 2 razy. Ale go zdałem – kończy ze śmiechem Wojtek.

Szczęśliwy wzorek - Ja stwierdziłam, że nie będę się uczyła wcale, bo nie mam siły, ale pójdę na egzamin, żeby chociaż sprawdzić jak wygląda - mówiła mi Gosia. - Nie chodziłam na zajęcia, bo pokrywały mi się z obowiązkowymi ćwiczeniami i nawet nie wiedziałam jaka będzie forma tego zaliczenia. Okazało się, że to test wyboru. Postanowiłam przeczytać pytania i je jakoś zapamiętać, z myślą o następnym terminie. Znałam odpowiedzi na cztery z nich, więc zaznaczyłam je na specjalnym blankiecie. Głupio było mi wyjść aż tak szybko, więc stwierdziłam, że jeszcze chwilkę się pobawię i stworzę z odpowiedzi wzorek. Akurat tak się składało, że te, które zaznaczyłam, łatwo wpisywały się w zygzak. Narysowałam go i z dumą oddałam kartkę profesorowi - opowiada Gośka. - I nie uwierzysz co się okazało... Zdałam na czwórkę!

Gośka miała szczęście i udało jej się zdać bez żadnego wysiłku, jednak wielu podchodzących do egzaminu nie może pochwalić się takim "fuksem". Z drugiej strony, jako główne źródło swoich problemów w trakcie sesji, większość studentów pokornie wskazuje samych siebie, przyznając, że nie uczą się na bieżąco i pozostawiają nieprzebrane tony materiału na ostatnią chwilę.

W tym momencie powstaje pytanie o ogólny sens studiowania - bo przecież w zasadzie "Trzech Z", czyli "zakuj, zdaj, zapomnij" na pewno on się nie kryje. Uniwersytet nie jest przecież z założenia instytucją zajmującą się masową produkcją intelektualnych wydmuszek, które absorbują wiedzę na ostatnią chwilę, a później nawet nie mają pretekstu by ją utrwalić.

Tak więc dla własnego komfortu fizycznego i psychicznego w trakcie sesji, a także i po niej, warto inwestować w systematyczną pracę, zamiast w legalne i nielegalne wspomagacze.