![[url=http://shutr.bz/1a5iqb8] Sesja, czyli studenckie piekło [/url]](https://m.natemat.pl/f9216adefce07d6645b2d297c2589826,1500,0,0,0.jpg)
Już za chwilę rozpocznie się zbiorowy płacz i zgrzytanie zębów, a sakramentalne pytanie „czemu znowu nie uczyłem się na bieżąco?!” będzie się pojawiać na tysiącach ust. Wielkimi krokami zbliża się sesja zimowa, czyli festiwal niszczenia sobie psychiki i organizmu, PRL-owskich kolejek w punktach ksero, oraz powolnego zapominania jak wyglądają twarze znajomych. - Masz jakieś ciekawe wspomnienia związane ze swoją pierwszą sesją? - zapytałam Sandrę z drugiego roku medycyny. - Chyba tylko takie, że ją przeżyłam - odpowiedziała całkiem serio.
Student umarł i poszedł do piekła. Diabeł przywitał go i spytał jakie piekło wybiera: normalne czy studenckie? Ten wybrał normalne. Gdy się w nim znalazł, okazało się, że imprezy trwają tam przez całą noc, są dziewczyny, a alkohol leje się strugami, lecz z rana przybywa diabeł i wbija każdemu gwóźdź w tyłek... i tak codziennie. Wobec tego student zdecydował się na przeniesienie do piekła studenckiego. Tam również całonocne imprezy, ale rano nie pojawia się już diabeł. Tak mija kilka szczęśliwych miesięcy, aż pewnego dnia przychodzi diabeł z wiadrem gwoździ. Student zaskoczony pyta - Co jest?!, na co diabeł odpowiada – Sesja!
Ten stary i może mało zabawny kawał, najlepiej obrazuje nasze smutne, studenckie życie. Jest miło i wesoło, jednak wszystko to kończy się wraz z momentem, gdy w kalendarzu nieubłaganie zaczyna zbliżać się data rozpoczęcia sesji. A kiedy już studenckie piekło się zacznie, nocy nie zarywa się przez imprezy, a przez nieustanne wkuwanie.
W przeciwieństwie do Marty, której „zwykłe” studenckie wspomagacze przestały wystarczać rok temu - Raz próbowałam sobie pomóc narkotykami, ale już nigdy więcej tego nie zrobię – mówi znajoma – Wielu kolegów namawiało mnie, żebym spróbowała, bo narkotyki dają o wiele lepsze efekty niż jakiekolwiek napoje energetyczne. Sama wlewałam je w siebie jak wodę. Pod koniec sesji mój organizm przestał na nie jakkolwiek reagować, więc stwierdziłam, że muszę sobie bardziej „pomóc”.
Wbieganie na egzamin w ostatniej chwili jest na drugim miejscu, jeżeli chodzi o statystykę "przypałów" w trakcie sesji. - Jak zwykle w trakcie semestru olałem sprawę i zdecydowałem się uczyć dopiero dzień przed egzaminem, około dziewiątej wieczór – opowiadał Wojtek. - Zaopatrzyłem się w cztery napoje energetyczne i zacząłem naukę. Udało mi się skończyć o piątej, a egzamin był o ósmej. Mimo energetyków czułem się bardzo zmęczony, więc pomyślałem, że położę się spać na półtorej godziny, a później jeszcze raz przeczytam streszczenie materiału i pojadę autobusem na uniwersytet.
- Ja stwierdziłam, że nie będę się uczyła wcale, bo nie mam siły, ale pójdę na egzamin, żeby chociaż sprawdzić jak wygląda - mówiła mi Gosia. - Nie chodziłam na zajęcia, bo pokrywały mi się z obowiązkowymi ćwiczeniami i nawet nie wiedziałam jaka będzie forma tego zaliczenia. Okazało się, że to test wyboru. Postanowiłam przeczytać pytania i je jakoś zapamiętać, z myślą o następnym terminie. Znałam odpowiedzi na cztery z nich, więc zaznaczyłam je na specjalnym blankiecie. Głupio było mi wyjść aż tak szybko, więc stwierdziłam, że jeszcze chwilkę się pobawię i stworzę z odpowiedzi wzorek. Akurat tak się składało, że te, które zaznaczyłam, łatwo wpisywały się w zygzak. Narysowałam go i z dumą oddałam kartkę profesorowi - opowiada Gośka. - I nie uwierzysz co się okazało... Zdałam na czwórkę!
