Prof. Monika Płatek ostro o mediach, politykach i kościelnej tresurze: Dzisiejsze wiadomości wyściełają jutrzejsze kosze

Prof. Monika Płatek ostro o mediach, politykach i kościelnej tresurze: Dzisiejsze wiadomości wyściełają jutrzejsze kosze
Prof. Monika Płatek ostro o mediach, politykach i kościelnej tresurze: Dzisiejsze wiadomości wyściełają jutrzejsze kosze Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta
Prof. Monika Płatek to prawniczka pracująca w Instytucie Prawa Karnego UW. To właśnie z jej opiniami liczą się dziennikarze, którzy często proszą ją o komentarz bądź zapraszają do udziału w programach telewizyjnych. Pomimo to, prof. Płatek w wywiadzie dla naTemat surowo ocenia nie tylko media goniące za sensacją, ale i wbija szpilkę w pępowinę łączącą Kościół z państwem polskim. – Kościół funduje nam obłędną tresurę i wdraża do praktyk, które przyzwalają, by ludzi dzielić, jednych drugimi szczuć, tworzyć wrogów i nawoływać do krucjat. Wczoraj Żyd, dziś Gender – mówi prof. Monika Płatek.


Często bierze pani udział w programach telewizyjnych, takich jak "Tomasz Lis na żywo", "Państwo w Państwie" i wielu innych. Dlaczego? Czy media mogą realnie wpływać na polskie prawo?

Prof. Monika Płatek: Mogą i wpływają, choć nie jestem pewna czy są wykorzystywane do legitymizacji działań podejmowanych przez władzę, czy też władza rzuca się do nieprzemyślanych działań legislacyjnych pod wpływem paniki moralnej wywoływanej przez media.

Jest pani zapraszana do mediów jako ekspertka i to właśnie o problemach pani mówi, a ludzie liczą się z pani opinią. Tak jak kilka dni temu zwracała pani uwagę na ważne i przemilczane aspekty sprawy Mariusza T.

Liczą się z opinią? To zobaczymy co stanie się z tą ustawą. Rzeczywiście, czuję obowiązek zwracanie uwagi, że ustawa, o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi, stwarzającymi zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób [tzw ustawa Gowina], przede wszystkim sama swoim tekstem stwarza poważne zagrożenie dla praworządności i bezpieczeństwa obywateli. Myślę, że pokusa jej nadużywania jest rzeczywistym zagrożeniem. To, że jej wprowadzenie odbywa się w atmosferze paniki moralnej, którą media bardzo podgrzewają, zwiększa groźbę bo ludzie nie zastanawiają się nad skutkami jakie z sobą niesie. Pozwala zaś bardzo prosto, bez popełnienia żadnego złego czynu, być odizolowanym na bardzo długo, nawet na zawsze i nawet wtedy, gdy trafiło się do więzienia choćby i na chwilę.

Również dla mediów skutki uboczne historii Mariusza T. mogą polegać na dalszej ich tabloidyzacji. Za chwilę będziecie państwo potrzebowali kolejnej sensacji i znów zabraknie miejsca na refleksję.

Jaka jest pani recepta, aby media lepiej wypełniały swoją rolę w kształtowaniu opinii publicznej ?



Zdecydowanie media są od tego, aby kształtować opinię publiczną i to robią. Bez względu na to co i jak pokazują, kształtują świadomość. Wydaje mi się, że media są w stanie sprawić, by nasza wiedza na temat działania instrumentów prawa była bardziej zaawansowana. Co więcej, wiem jak to zrobić. Metoda jest bardzo prosta: przestać się interesować co powiedział dany polityk czy polityczka, przestać żyć z sensacji i zająć się pokazywaniem problemów tak byśmy rozumieli ich źródła i złożoność i mogli zastanowić się nad rozwiązaniem także innym niż zmiana i zaostrzenie prawa karnego.

Gdybyście państwo zechcieli pójść w stronę rzetelnej informacji i problemów, zamiast zajmować się plotkami - bo dzisiejsze wiadomości naprawdę wyściełają jutrzejsze kosze na śmieci - byłoby więcej pożytku. Gdyby wasza praca była skupiona na problemie, moglibyśmy się uczyć nawzajem.

W czasie telewizyjnych programów bardzo często obok pani zasiadają politycy. Jak ocenia pani ich przygotowanie do debatowania na temat prawa, jak również do jego stanowienia? Czy równie surowo, co dziennikarzy?

Nie oceniam ani dziennikarzy, ani polityków surowo. Ja przecież na was liczę. Póki co jednak proszę zauważyć, że jedynymi argumentami, jakimi politycy najczęściej się posługują, to argumenty ad personam. Mówią: "pani mówi bzdury", "pani jest po prostu bezczelna", "to, co pani opowiada, jest nieludzkie", "niech pani pomyśli o dzieciach".

Tymczasem z "Erystyki" Schopenhauera, wynika wprost, że argumenty ad personam świadczą o braku merytorycznych uzasadnień. Rozumiem, że politycy starają się operować perswazją, by wpłynąć na emocje, ale to nie zmienia faktu, że często brak im wiedzy i argumentów. Chciałabym wiedzieć jakie merytoryczne argumenty przemawiają za tym, że uznają to co mówię za bzdurę? Co konkretnie uprawdopodabnia to, że jestem bezczelna? Co odbiera moim argumentom cechę „ludzkości”?

Dobrze tę taniznę ilustruje wypowiedź jednego z parlamentarzystów PiS-u, który skomentował ustawę Gowina: "my wiemy, że to jest niekonstytucyjne, ale będziemy głosować 'za'". Innymi słowy powiedział, że mają gdzieś nasze rzeczywiste bezpieczeństwo, bo to akurat wymaga przestrzegania prawa, i że pod pozorem, że chodzi o niebezpiecznego, będą głosować za przyjęciem ustawy, aby się nie wychylać, nie narażać. Powiedział, tym samym, że wyborcy mają oddać na niego głos, więc będzie działał pod publiczkę, skoro jest taki trend, a on chce być tu gdzie jest.

Gender to słowo roku 2013. Czy traktuje to pani jako zwiastun dużej zmiany społecznej?

Wykładam na Gender Studies od 1995 roku, czyli odkąd tylko pojawiły się na Uniwersytecie Warszawskim, a od 1998 na Gender Studies w Polskiej Akademii Nauk. Studia nad kulturowymi i społecznymi procesami tworzenia norm męskości i kobiecości, ich internalizacji i społecznych konsekwencji obowiązywania. Problematyka płci kulturowej analizowana jest w kontekście etniczności, klasy, rasy, orientacji seksualnej, religii, języka, pozycji społecznej, wieku, wyglądu, tożsamości płciowej etc. Ta metoda badania rzeczywistości społecznej, uwrażliwiona na płeć kulturową, bo tym jest gender, jest fascynująca. Zmusza do zadawania pytań o źródła i interesy jakie stoją za tym co zastane w porządku społecznym, a dotyczy „oczywistych” ról męskich i kobiecych, które jednocześnie dyskryminują ludzi. Genderowa metoda badania rzeczywistości społecznej dostrzega dyskryminację ze względu i na inne niż płeć biologiczna cechy. Często stara się to usprawiedliwić „normalnością”, czyli biologią, gdy rzecz dotyczy przyzwolenia na nierówności i dyskryminację, która niszczy i nie daje szans na pełnię rozwoju. . Metoda genderowa poszerzając horyzonty ujawnia kulturowe podłoże tego, co uchodzi za „naturalne” i biologiczne, a jest w pełni wytworem kultury, stereotypów i przyzwolenia na niszczącą nierówność.

Dlaczego tak wiele "wypada" mężczyznom, bądź "nie wypada" kobietom? Dlaczego przy przestępstwie zgwałcenia mieliśmy tryb wnioskowy, znieśliśmy go niedawno i komisja kodyfikacyjna prawa karnego znów próbuje go z powrotem wprowadzić choć pozostaje to w sprzeczności z ratyfikowanymi przez Polskę konwencjami, tłumacząc że chodzi o to, by ofiara się nie wstydziła? A dlaczego ofiara ma się wstydzić?

Metoda genderowa pozwala, aby się zastanowić, jakie były obyczaje, jakie były zwyczaje i jaka kultura towarzyszyła relacjom kobiet i mężczyzn, które doprowadziły do przekonania, że zamiast ścigać sprawcę przestępstwa, lepiej go nie ścigać żeby "hańba" nie spadała na ofiarę. Gender to coś, co pozwala nam więc zajrzeć za kulisy naszego myślenia i dostrzec, że najczęściej tam, gdzie powołujemy się na „naturę” po uszy tkwimy w dyskryminujących stereotypach, bigoterii i hipokryzji .

Nawet pomimo listu biskupów ws. gender, który w grudniu był odczytywany w kościołach, wiele osób i tak nie ma pojęcia, czym właściwie jest gender. Skąd bierze się to niezrozumienie?

Nazwa gender ma swoje źródła w języku angielskim i oznacza zwyczajnie „rodzaj”; czego nie znając angielskiego się nie wie, a ponieważ słowo "ideologia" ma wydźwięk pejoratywny, to pojęcie "ideologii gender" zostało użyte zupełnie celowo po to, aby zohydzić, zastraszyć i odsunąć naszą uwagę - co dzięki milczącym dziennikarzom się świetnie udaje - od oczywistego problemu, czyli krycia pedofilii w Kościele. Ten problem będzie istniał tak długo, dopóki będziemy pozwalali, by winą za molestowanie seksualne dzieci przez księży obciążać dzieci, a sprawców kryć i sprawy uciszać.

Kościół nie ma żadnej odpowiedzialności za politykę w państwie, a jednak od wielu miesięcy nie mogę się doprosić raportu ze spotkania episkopatu i strony rządowej, które dotyczyło kwestii ratyfikacji konwencji rady Europy o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet i przemocy w rodzinie. Dotyczy ona również skutecznego zwalczania molestowania seksualnego dzieci. Rozumie pan, że istnieje sytuacja w której, niezależny rząd dużego kraju w środku Europy spotyka się z przedstawicielami obcego państwa, które mu dyktuje, jakie problemy mają być podnoszone i jak rozwiązywane, i że mamy czegoś nie ratyfikować bo to nie po myśli Kościoła? Co więcej władza skutecznie opiera się ujawnieniu dokumentacji z tych obrad.

Gdzie jeszcze dostrzega pani negatywny, czy też zbyt duży wpływ Kościoła na państwo polskie?

Problemem jest oczywiście finansowanie Kościoła i brak przejrzystości zarówno zasad dotowania jak i dokumentowania wydatków Kościoła. Problemem jest zgoda na to, by to kościół dyktował kto uczy religii w szkołach. Nie wiemy, ani kim są, ani jak są przygotowani ludzie zajmujący się formacją intelektualną polskich dzieci, a lekcji religii przybywa. Problemem jest lekceważenie pierwotnych ustaleń, że miały to być lekcje nieopłacane, prowadzone na równi z etyką i na pierwszej lub ostatniej lekcji szkolnej, by nie zmuszać i nie dyskryminować. Nie szanując tych ustaleń, uczymy i uczymy się, że gdy chodzi o Kościół, prawo schodzi na plan dalszy.
Problemem jest oczywiście i to, że zamiast duchowości Kościół funduje nam obłędną tresurę i wdraża do praktyk, które przyzwalają, by ludzi dzielić, jednych drugimi szczuć, tworzyć wrogów i nawoływać do krucjat. Wczoraj Żyd, dziś Gender. Bardzo to dalekie od tego, co nauczał syn cieśli z Nazaretu.

W swojej pracy zawodowej zajmowała się pani systemami penitencjarnymi państw skandynawskich. Skąd zainteresowanie właśnie tym regionem świata?

Moim naukowym mentorem jest norweski kryminolog prof. Nilsem Christie. Dzięki niemu otrzymałam możliwość przeprowadzenia badań dotyczących wykonywania kary pozbawienia wolności we wszystkich krajach skandynawskich. Udało mi się zbadać całe więziennictwo skandynawskie z wyjątkiem Islandii (tam było w tamtym czasie zaledwie 57 więźniów). Sami Skandynawowie nie są zachwyceni swoim systemem. Mówią, że ich więziennictwo jest dobre tylko dlatego, że wszystkie inne systemy penitencjarne są tak dużo, od ich, gorsze.

A co takiego dobrego jest w ich systemie penitencjarnym?

Tam rzeczywiście przywiązuje się wagę do szacunku dla człowieka i do przestrzegania standardów prawa. W tych krajach ważne jest również poczucie wspólnoty, tego że jesteśmy razem, na dobre, ale i na złe. Myśląc kategoriami skandynawskimi trzeba dostrzec, że to nie jest tak, że Mariusz T. urwał się choinki. On wyrósł w tym, w naszym społeczeństwie. Nasiąkał tym jak sami się zachowujemy. Gdzieś po drodze, czego koniecznie nie chcemy dostrzec on też został, o ile wiem, dość mocno poturbowany. Był molestowany. To nie usprawiedliwia jego zbrodni, ale pozwala zrozumieć jej przyczyny i wziąć to pod uwagę choćby po to, by zapobiegać kolejnym, podobnym zbrodniom. A co do Mariusza T. – możemy potępiać jego zbrodnię, ale musimy uszanować prawo i to, że karę jaką mu wyznaczyliśmy, odbył. To nie on zerwał się z szubienicy. To my zdjęliśmy mu z szyi stryczek. My, bo zrobili to w naszym imieniu parlamentarzyści. Zresztą, niektórzy ci sami, co znów zmieniają prawo. Mariusz T., bez względu na nagonkę jakiej się poddaliśmy, ma prawo do życia wśród nas. My zaś mamy prawo, gdyby on, ale tak samo każdy inny, nauczyciel czy ksiądz który sięga, choćby usiłuje naruszyć prawo zastosować dostępne i dziś narzędzia, z dożywociem włącznie. Tyle, że ma to wymierzyć sąd, a nie dziennikarze czy tłum, który dyszy żądzą zemsty i krwi.

W państwach skandynawskich nie można sobie wyobrazić posła, nawet najbardziej skrajnej partii, który by wyszedł i powiedział, że miał nadzieję, że Mariusz T. zgnije w więzieniu. Nie mógłby tego powiedzieć nie tylko dlatego, że to jest nieludzkie, ale również dlatego, że to obraża wszystkich ludzi, którzy pracują w więzieniu. Obraża to także wszystkich posłów, którzy tworzą prawo. W Skandynawii jest dużo większa świadomość tego, że to, co się dzieje, jest w dużej mierze efektem naszych wspólnych działań, bądź zaniechań.

Dziś te społeczeństwa ulegają presji, która co ciekawe – idzie ze wschodu, z pozostałości państw totalitarnych. Nawet kraje skandynawskie skręcają więc nieco na prawo. Norwegowie są społeczeństwem małym i żyjącym w dobrobycie, ale nie tylko dlatego, że mają olej, gaz i inne surowce. Oni dzięki poczuciu równości, świadomości szkody jaką niesie dyskryminacja kobiet, gejów, ludzi starych i biednych i dzięki traktowaniu prawa na serio, są tam gdzie są.

I wtedy można osiągnąć bogactwo?

Jeśli korzystamy z całościowego potencjału społeczeństwa, kobiet i mężczyzn, ludzi na wózkach i bez wózków, homoseksualistów i heteroseksualistów i nie robimy głupich różnic tylko dlatego, że ktoś nie słyszy bądź nie widzi, ale dbamy o to, aby te osoby również mogły funkcjonować w społeczeństwie, to jest się bogatym. Te społeczeństwa dbają przy tym o środowisko, o wypoczynek, o jakościowo dobry wolny czas, który jest tam wartością, a u nas niekoniecznie.

Ale przykład Andersa Breivika pokazał, że ich społeczeństwo również nie jest wolne od problemów?

Nie, mają ogromne problemy. Jest to społeczeństwo ludzi, którzy mają problemy z bliskimi relacjami. Anders Breivik nie jest przypadkiem. Jest efektem daleko posuniętego rozbicia rodziny, ale nie w takim sensie, jak chcieliby to biskupi, którzy mają bzika na punkcie seksu. To nie bierze się z tego, że matki opuszczają rodziny i nie wychowują dzieci, a z kryzysu relacji międzyludzkich i ogromnej samotności. Ale proszę zauważyć, że nie stworzyli na potrzeby Breivika szczególnej ustawy – zastosowali istniejące prawo. Nie pozwolili, by Breivik roztrzaskał norweskie demokratyczne zasady sprawiedliwego, praworządnego państwa. Mieliśmy wzór. Mogliśmy z tego wzoru skorzystać. Zamiast tego uchwaliliśmy ustawę Gowina.

Na koniec chciałbym jeszcze zapytać, co sądzi pani o zwyczaju niekomentowania wyroków sądowych. Sąd ma zawsze rację?

Zdecydowanie można komentować wyroki sądowe i zdecydowanie nie należy osądzać ludzi przed wyrokiem. Pisanie glos, publikowanych w czasopismach poświęconych prawu, to nic innego jak właśnie komentowanie wyroków.
Natomiast kiedy z góry wiemy jaki ma zapaść wyrok i jak mają orzec i biegli i sąd, bo decyzję już wcześniej podjął i podyktował prezydent, premier, minister sprawiedliwości, media i tłum, to jest to zgrywa, igrzyska, lincz pod przykrywką prawa i lekceważenie sprawiedliwości, a nie jej wymiar.

Prof. Monika Płatek – prawniczka, pracownica naukowa w Instytucie Prawa Karnego UW. Ekspertka i konsultantka wielu organizacji międzynarodowych i krajowych, m.in. OBWE, Open Society Institute – New York (OSI), członkini międzynarodowej rady programowej „Journal of Law and Society”. Była prezeska Polskiego Stowarzyszenia Edukacji Prawnej. Wykładała na wielu uniwersytetach w Polsce i na świecie (w Budapeszcie, Oslo, Waszyngtonie, Wilnie).

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...