
Artykuł “Washington Post” o CIA w Kiejkutach musiał przyprawić o ból głowy co najmniej kilku polskich polityków: opinia publiczna przypomniała sobie o sprawie i szuka winnych. W efekcie jesteśmy świadkami spektaklu, w którym główni aktorzy grają niewiniątka i gorączkowo przerzucają między sobą gorącego kartofla, którym stała się sprawa więzień CIA. Jakby zapomnieli, co takiego mówili jakiś czas temu.
Jednoznacznie od sprawy odciął się także obecny szef MSZ, którego słowa przytoczył Onet.pl. Radosław Sikorski zrzucił całą odpowiedzialność na ekipę SLD. – Pytania trzeba kierować do byłego premiera Leszka Millera – uciął.
Do ataku ruszył też Andrzej Rozenek z TR, pisząc na swoim blogu we "Wprost" bez ceregieli, że “Polskie Guantanamo to robota Millera”.
Wszystkie informacje, które spływały na moje biurko, dotyczące współpracy w zwalczaniu terroryzmu, były również udziałem Aleksandra Kwaśniewskiego i Marka Siwca. Nie wiem, czy odwrotnie było tak samo, czy ja wszystko otrzymywałem od prezydenta i Siwca. CZYTAJ WIĘCEJ
Nie trzeba było długo czekać na odpowiedź: Marek Siwiec, który był wtedy szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego, stwierdził, że Miller opowiada "żenujące rzeczy", a on i Kwaśniewski nie wydawali zgody na bazy CIA w Polsce.

