Mięsny jeż i jego klony oddają pewną prawdę o polskich stołach – na nich naprawdę królują wędliny! Wielkanoc ze swoją kiełbasą, pieczeniami i pasztetami dodatkowo sprzyja mięsożercom. W przeciwieństwie do postnego Bożego Narodzenia, Zmartwychwstanie to okazja do uczty. A czy polska wyżerka może obyć się bez spełnienia marzeń o mięsnych specjałach, podsycanych przez piątkowe przymusowe poszczenie? Nie. Ale można próbować złagodzić trudny los wegetarian i jaroszy, którym na standardowym świątecznym śniadaniu do konsumpcji pozostaje jajko.
Wielkanoc wyrosła na gruncie przygotowanym przez pogańskie święta odbywające się bezpośrednio w okolicy przesilenia wiosennego (obchody nowego roku w Południowej Azji, tradycyjne bliskowschodnie święta, starożytne i pogańskie rytuały), a towarzysząca jej wykładnia religijna – uczczenie Zmartwychwstania Pańskiego – wcale nie kłóciła się z afirmacją świata budzącego się do życia po zimowej hibernacji. Po Wielkim Poście, przypadającym nie przypadkiem na przednówek, czyli tradycyjny okres zubożonej diety, braku świeżych warzyw i kończących się po zimie zapasów – nadchodzi moment ulgi. Wreszcie możemy mieć nadzieję, że najemy się do syta! Te śmieszne ze współczesnej perspektywy zwyczaje przekładają się jednak na codzienność polskich rodzin, u których do dziś wielkanocne stoły uginają się od tłustych i często właśnie mięsnych dań. Ratunku! Wegetarianin z góry wzdraga się na myśl o świątecznym obiedzie u krewnych – wiem, bo sama edukuję ich od lat. Jak więc poradzić sobie z kimś, kto nad pasztet przedkłada brukselkę? Po pierwsze: Sprawdzić! Przygotowując wielkanocne przyjęcie, warto przede wszystkim popytać o jedzeniowe zwyczaje. Zawsze może okazać się, że nastoletnia siostrzenica, która ostatnio grymasiła nad żurkiem, rzeczywiście nie je mięsa, a babcia ma nadkwasotę, więc pikantne udka kurczaka odpadają. Trochę inaczej planuje się menu, kiedy ma się świadomość, że wśród gości będzie ktoś, kto nie tknie ani zupy na kości, ani pyszniutkiego schabowego, ani wędlinowych przystawek. Nie ma sensu spędzać doby nad wybitnym pasztetem z królika, skoro skosztuje się go wyłącznie samemu. Z własnego wegetariańskiego doświadczenia wiem natomiast, że bycie pominiętym przy stole jako wyjątek od mięsożernej większości potrafi sprawić przykrość – zwłaszcza jeśli wegetariańskie przekonania deklarowało się już wielokrotnie!
Po drugie: Nie przesadzać!
Nikt, nawet najbardziej wybredny jarosz, nie oczekuje, że przygotuje mu się osobny jadłospis. Jest jednak subtelna różnica między gotowaniem trzech dań dla jedynego wegetarianina w domu, a zaproponowaniem mu ziemniaków z sosem od pieczeni jako alternatywy dla mięsnego głównego dania. Przygotowanie jednej ciepłej potrawy bez mięsa – np. bezmięsnego żurku czy choćby naleśnika na słono – jest miłym gestem, a równie dobrze może też przypaść do gustu mięsożercom. Od biedy zawsze można też przybrać własnego mięsnego jeża parówkami sojowymi.
Mięsny jeż w wydaniu klasycznym Po trzecie: Nie przepłacać! Jeśli nie mamy doświadczenia w gotowaniu bez mięsa, nie porywajmy się od razu na szparagi, humus własnej roboty i homara – kuchnia bezmięsna nie musi być ekskluzywna, by była smaczna, a już na pewno nie musi być skomplikowana i droga. Wątpiącym polecam archiwum przepisów na nieczynnym już blogu Michała Kaczyńskiego z galerii Raster, który opatentował gotowanie za kilka, maksymalnie kilkanaście złotych, zazwyczaj w wersji jarskiej. Dobrze sprawdza się przygotowanie czegoś, co i tak byśmy gotowali – np. pasztetu z soi oprócz pasztetu mięsnego, bo procedura jest analogiczna, a składniki dodatkowe – te same.
Po czwarte: Nie proponować na siłę! Kiedy już rodzina z niejedzącym mięsa dziwakiem lub dziwaczką pojawi się w naszych progach i zasiądzie przy stole, trzeba pamiętać o jednej koronnej zasadzie, która zagwarantuje pokój (dopóki nie zaczną się rozmowy o polityce): nie proponować wegetarianinowi udka, przekonując, że to przecież kurczak, a kurczak to nie mięso. Naprawdę. Jeśli znamy preferencje jarosza, zostawmy go w spokoju i nie pytajmy trzy razy, czy na pewno nie skusi się “na indyczka”. To prawie tak, jakby przy każdej kolejce nagabywać niepijącego alkoholika, czy by się nie napił. Oczywiście wegetarianin nie je mięsa nie dlatego, że nie może, ale dlatego, że nie chce, ale to nie czyni odpowiadania po wielokroć na to samo pytanie bardziej znośnym. Po piąte: Rozmawiać! Uwzględniwszy to, co powyżej, nie należy ulegać paranoi i w ogóle nie pytać jaroszy o ich zwyczaje. Wszelkie jedzeniowe ortodoksje to wdzięczny temat przy stole i nieraz już wegetarianizm ratował mnie na rozmaitych kolacjach przed milczeniem nad zupą. Nie należy jednak mylić sensownych pytań o powody, dla których ktoś nie je mięsa, z wciskaniem mu za wszelką cenę mięsnej przystawki, obrażaniem jego przekonań lub wyśmiewaniem ich. Wegetarianie lubią dzielić się swoimi przekonaniami – oczywiście co za dużo, to niezdrowo – więc mądrze zapytani, mądrze odpowiedzą.
Odwagi, pamiętajcie o tych pięciu zasadach i do dzieła!


