W polonijnej prasie pojawiło się ogłoszenie o sprzedaży złotego medalu olimpijskiego Władysława Kozakiewicza.
W polonijnej prasie pojawiło się ogłoszenie o sprzedaży złotego medalu olimpijskiego Władysława Kozakiewicza. Fot. Dominik Sadowski / Agencja Gazeta

W polonijnej prasie za Oceanem pojawiły się oferty sprzedaży złotego medalu olimpijskiego, który Władysław Kozakiewicz zdobył podczas pamiętnego konkursu w Moskwie. Cena wywoławcza to 25 tys. dol. – Pieniądze przeznaczę na działalność mojego klubu tyczkarskiego. Co to za różnica, czy medal leży w szufladzie u mnie, czy u kogoś? – mówi w rozmowie z naTemat.

REKLAMA
Stadion Łużniki, 30 lipca, konkurs skoku o tyczce. Ku zdziwieniu komentatorów i wściekłości kibiców wygrywa go nie Konstantin Wołkow z reprezentacji ZSRR, ale Polak – Władysław Kozakiewicz. W przypływie euforii nowy mistrz pokazuje słynny gest, nazwany później jego nazwiskiem.
Okazuje się, że można sobie kupić fragment tej historii – złoty medal, który wywalczył wtedy Władysław Kozakiewicz. Ogłoszenie pojawiło się w weekendowym wydaniu polonijnej „Polskiej Gazety”. Udało nam się dodzwonić do nadawcy ogłoszenia. Wyjaśnił, że tylko pomaga Kozakiewiczowi w sprzedaży, a o szczegółach trzeba rozmawiać z olimpijczykiem.

Nasz rozmówca zapewnia, że medal jest oryginalny i w tej chwili jest w Nowym Jorku. Razem z Władysławem Kozakiewiczem. – Pieniądze chcę przeznaczyć na klub sportowy który prowadzę w Niemczech, chciałbym go dofinansować – mówi mistrz olimpijski w rozmowie z naTemat. – Myślę sobie: "po co mi ten medal, i tak wszyscy wiedzą, że to ja go zdobyłem. Co to za różnica, czy on u mnie leży w szufladzie, czy u kogoś innego? A tak może pomóc?" – tłumaczy.
– Te 25 tys. dolarów to cena wywoławcza, liczę na więcej – równowartość ok. 100 tys. złotych. Wiem, że inni sportowcy osiągają na licytacjach jeszcze wyższe kwoty – przekonuje Władysław Kozakiewicz. – Razem z Leszkiem Hołownią chcemy zbudować ten klub, sprawić, żeby jego zawodnicy zdobywali medale, co już zresztą robią – chwali się sportowiec.
Przekonuje, że dotychczas nie miał żadnych korzyści finansowych z powodu zdobycia medalu w Moskwie. – Sam nie mam z tego medalu ani złotówki, to może teraz niech zacznie zarabiać na dobry cel – mówi w rozmowie z naTemat. Jego zdaniem w USA łatwiej będzie mu znaleźć odpowiednio szczodrego mecenasa. – Łatwiej jest zostać bohaterem za granicą, niż we własnym kraju. Tutaj jestem nadal bardzo rozpoznawalny i to mnie cieszy – dodaje.

Wcześniej jednak Kozakiewicz próbował znaleźć kupca, który pozwoli zostać medalowi w Polsce. Jedną z rozważanych lokalizacji było Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie. – Dałem im wcześniej kilka medali, ale nie trafiły one na wystawę. Nadal leżały w szafie, tak jak u mnie w domu – ocenia mistrz olimpijski z Moskwy.
– A poza tym Muzeum nie ma pieniędzy, ale nie mogli też znaleźć sponsora. Najlepiej chcieliby, żebym oddał im medal za darmo i na zawsze – dodaje. – Jeśli znajdzie się ktoś kto da te 100 tys. zł, to bez wahania sprzedam mu medal. Nie potrzebujemy tych pieniędzy na teraz, więc nie ma żadnego określonego terminu zakończenia aukcji – wyjaśnia Władysław Kozakiewicz.
Kozakiewicz przez najbliższe kilkanaście dni będzie w Stanach i w Kanadzie, gdzie na spotkaniach z Polonią promuje swoją autobiografię. – Jest duże zainteresowanie spotkaniami. Dzięki książce ludzie mogą się dużo dowiedzieć o mnie i o polskim sporcie – ocenia Kozakiewicz. Opisuje w niej nie tylko karierę sportową, ale i dzieciństwo z sadystycznym ojcem. O zawartości książki sportowiec mówił też kilka miesięcy temu w TOK FM.
Przez emocje Kozakiewicz przez minutę nie mógł wydusić z siebie słowa. Szczególnie, kiedy opowiadał o siostrze, która go nie upilnowała, gdy Kozakiewicz był małym chłopcem. – Uciekła do lasu, a ojciec gonił ją ze sztachetą, bo karę musiała dostać. Dostała lanie i ze strachu przez trzy dni nie wracała do domu – mówił łamiącym się głosem.
logo
Ogłoszenie o sprzedaży medalu Władysława Kozakiewicza. Fot. Przesłane przez czytelnika

Wspomnienia Kozakiewicza spisał Michał Pol, redaktor naczelny "Przeglądu Sportowego". – Mistrz nie przywiązuje wielkiej wagi do trofeów – ocenia dziennikarz w rozmowie z naTemat. – Opowiadał mi kiedyś, jak w 1981 czy 1982 r. przewróciły mu się w piwnicy regały z trofeami. Zebrało się z tego jakieś 50 kg potłuczonego szkła i kryształów, ale zapewniał, że wyrzucił to bez smutku – opowiada Pol.
Chociaż przyznaje, że nieco zaskoczyła go decyzja o sprzedaży moskiewskiego złota. – Kozakiewicz nigdy nie przywiązywał wagi do dyplomów, pucharów i medali. Wiem, że sporo znaczy dla niego tylko pierwszy medal, który zdobył jako nastolatek. To taka blaszka z aluminium, którą za złoty pięćdziesiąt można było kupić w sklepie – relacjonuje dziennikarz.
– Myślałem jednak, że ten moskiewski medal też jest dla niego ważny, wiec jestem trochę zdziwiony. Ale z drugiej strony dla niego zawsze liczyło się tylko zwycięstwo na bieżni – ocenia rozmówca naTemat. – Zawsze gdy startował na mityngach lekkoatletycznych w Zurychu, a wygrał ich najwięcej w historii, dostawał bardzo dobre zegarki. Z tego co wiem nie ma nawet jednego, wszystkie – dodaje naczelny "Przeglądu Sportowego".
Zdaniem Michała Pola tak jak w czasach kariery sportowej dla Kozakiewicza jedynym celem było zwycięstwo, tak jest nim i dzisiaj. Tym razem jako trenera. – Wydaj mi się, że każdy zawodnik, który stał się trenerem, chce wychować swojego następcę. Kozakiewicz zawsze był bardzo ambitny, także w trenerce – podsumowuje.
Dlatego dzisiaj sięga po każdy dostępny środek, by pomóc zawodnikom swojego klubu w dążeniu do mistrzostwa. Jest w stanie nawet rozstać się z symbolem swojego największego triumfu. Choć jednocześnie sam utrwala siebie jako symbol. Nie tylko jako doskonałego sportowca, ale i dobrego człowieka.