
Apetyczne menu, ładny wystrój i skuteczny marketing nie wystarczą, aby dany lokal odniósł sukces. Do powrotu do lokalu skłonić może nie tyle apetyt, co sposób podania posiłku, czy nawet kilka osobistych słów wypowiedzianych przez osobę napełniającą nasz kieliszek wódką. A najbardziej jaskrawym przykładem tego zjawiska jest znana warszawska postać - Pan Roman, który po siedmiu latach pracy dla kogoś, skutecznie przeszedł na swoje.
Charyzma i gotówka
Prawda jest jednak taka, że pewne niedociągnięcia czy braki da się nadrobić gotówką. Pan Roman przekonuje jednak, że nie można pieniędzmi zbudować szczęścia ludzi, czy więzi z nimi. – Człowiek musi mieć charyzmę, ale samemu też się wiele nie osiągnie. Personel musi być dobrany w taki sposób, być tak wyszkolony, aby atmosfera tworzona przez zespół, stała się fajna – mówi Roman Modzelewski.
Wkładałem w to miejsce nie tylko serce. Dziś wygrywać mogą pieniądze, lub emocje i autorska propozycja. Wydaje mi się, że w Warszawie to widać. Jak wyłoży się duże pieniądze, to wszystko można sprzedać. Ale ja osobiście chodzę tylko do takich miejsc, w których kojarzę właściciela i jego koncepcja mi się podoba, lub widzę coś wyjątkowo oryginalnego i specjalne, "niesformatowane" podejście do klienta.
Grzegorz Lewandowski zauważa jednak, że osobowość właściciela lokalu to nie to samo, co jego nazwisko. – Są marki związane z logotypem, z twarzą lub z nazwiskiem. Jak mamy napisane na drzwiach restauracji "Gessler", to do niej chodzimy, bo wiemy czego się spodziewać. Podobnie jest z klientami śniadań w McDonaldzie. Ale są też takie miejsca, które wiążą się z osobowościami prowadzących, takimi jak pan Roman. Oni zbudowali jakiś rodzaj emocji i ludzie za tym idą – mówi były już właściciel klubu "Chłodna 25".
Właściciel "Przekąsek u Romana" wyjaśnia jednak, że nie może patrzeć na klientów jak na kumpli. Każdy gość który do niego przychodzi, staje się zaś jego znajomym. – Choćby przez sekund, dwie, i dlatego też tę szklankę wody trzeba umieć mu podać, porozmawiać. A czasem powiedzieć mu tego, czego on akurat potrzebuje – mówi Pan Roman.
Oczywiście można iść do Romana na wódkę, bo każdy któremu on polewa czuje się wyjątkowo. Ale sukcesem tego miejsca będzie to, jeśli ludzie powiedzą, że byli u Romana na wódce, chociaż on nie będzie tam stał 24 godziny na dobę.
Również w klubie "Le Madame" jedynie na początku udawało się budować relacje z niemalże każdym klientem. Wraz ze wzrostem popularności, stało się to niemożliwe. – Dużo uwagi poświęcaliśmy za to ludziom, którzy coś u nas robili. Długo z nimi rozmawialiśmy i tłumaczyliśmy naszą koncepcję – mówi Krystian Legierski.

