
Bartosz Arłukowicz przedstawi wkrótce program mający doprowadzić do zmniejszenia kolejek do lekarzy. Ale nie poprze go ani opozycja, ani lekarze. – Te zmiany to wielki propagandowy chwyt. Tak jak z tym jednym podręcznikiem. Nikt nie przedstawia dobrej diagnozy – mówi w "Bez autoryzacji" Tadeusz Cymański, poseł Solidarnej Polski do Parlamentu Europejskiego.
REKLAMA
Bartoszowi Arłukowiczowi uda się przeforsować zmiany, które mają doprowadzić do zmniejszenia kolejek? Już pojawiają się głosy, że lekarze będą protestować.
Tadeusz Cymański: Wie pan, przepchnie się wszystko, nawet kolanem. Ten rząd przeforsował już wiele rzeczy wbrew opinii publicznej, wbrew opiniom ekspertów, wbrew zainteresowanych środowiskom. A wysłuchanie ludzi jest bardzo ważne. Ale wiele pomysłów jest rzucanych propagandowo. Czasem znajduje się coś logicznego, ale to za mało, by zrobić coś logicznego i konstruktywnego.
Przyczyn długich kolejek do lekarzy jest wiele. Oprócz niedofinansowania, to też interesy. Każdy będzie bronił swego, a ofiarą jest pacjent. Trzeba zauważyć, że oprócz obiektywnych czynników finansowych mamy bardzo złą sytuację na rynku specjalistów – coraz mniej osób robi specjalizacje, rezydentury są niewystarczająco dotowane prze państwo, a na uczelniach medycznych studiuje za mało osób.
Wszystkiego naraz się nie naprawi, ale może te zmiany rozwiążą chociaż część problemów?
Te zmiany to wielki propagandowy chwyt. Tak jak z tym podręcznikiem. Nikt nie przedstawia dobrej diagnozy, a utrudniony dostęp do specjalistów to chyba jeden z największych problemów dzisiaj. Pomysł, żeby przerzucić tych ludzi do lekarzy ogólnych wymaga czasu, sprzętu, przeszkolenia tych ludzi. O tym trzeba pamiętać. Sprzeciw środowiska lekarskiego wynika nie tylko z interesów finansowych, ale z tego, że to po prostu złe rozwiązanie. Leczymy tutaj objawy, a nie likwiduje przyczyny.
Może więc zabierzmy armii i przekażmy na leczenie, jak mówi ostatnio wielu komentatorów i polityków?
Nie wiem, czy za dużo wydajemy na wojsko? Może źle wydajemy? Nie wiem, czy za mało wydajemy na służbę zdrowia albo edukację? Może źle wydajemy? Tu dochodzimy do innego tematu – przyjrzenia się jak wydawane są pieniądze. Wielkie kwoty giną w działach budżetu, przepastnej biurokracji ministerstw, nieefektywnych przetargach.
Byłbym ostrożny z ograniczaniem pieniędzy na armię. Większość przecież idzie na płace, a sprzętu mamy za mało. Poza tym mamy fatalne przygotowanie głównego rzutu mobilizacyjnego. Przy okazji debaty o obronności, mówiło się o siłach pancernych, lotnictwie, wywiadzie, GROM-ie, jednostkach specjalnych, ale przecież o sile obronnej decyduje podstawowy rzut mobilizacyjny.
To brzmi trochę jak sentyment za powszechnym poborem.
Nie jestem za powrotem powszechnego poboru, bo zawodowa armia to nasze osiągnięcie, ale w sprawie szkolenia rezerwistów jest u nas dramatycznie. W ubiegłym roku przeszkolono ich 2,6 tys, a półtora miliona mężczyzn, którzy wkroczyli w dorosłość w ciągu ostatnich 6 lat po zniesieniu poboru, w ogóle nie miało przeszkolenia. Kompletnie o to nie zadbaliśmy, to fatalnie. To norma w Szwajcarii, Norwegii, Izraelu, u naszych sąsiadów.
Dlatego trzeba sprawdzić, czy część środków w Ministerstwie Obrony Narodowej nie jest topionych. Nie chcę zaraz mówić o przesuwaniu środków z wojska na zdrowie, ale to nie znaczy, byśmy nie zadbali o obie rzeczy. Dlatego dyskusja wywołana przez Arłukowicza jest ważna, ale nie widzę tutaj szansy na wielkie zmiany. Dobrze, jeśli da się skrócić kolejki, ale nie kosztem jakości.
Czego się pan obawia?
Pole manewru jest ograniczone. Oczywiście lekarz w laboratorium może zrobić część tego, co niepotrzebnie robimy w szpitalu. Ale skala tego będzie niewielka. Dużym problemem jest onkologia, bo jeśli osoba z podejrzeniem albo rozpoznaniem raka czeka miesiąc czy dwa na kontakt ze specjalistą, to pany wybaczy. Wybitny onkolog z Gdańska dr Jacek Jasser zwrócił uwagę na humanitarny aspekt tej sprawy.
Wiele skandali w tej dziedzinie zostało opisanych, i dobrze, że o tym się mówi. Ale obawiam się, że ta ekipa nie jest zdolna do głębokich zmian.
Może trzeba ponadpartyjnego porozumienia? Takiego, jakie było w sprawie Ukrainy.
Przyczyną tego porozumienia była opinia publiczna, która była na tyle przerażona przebiegiem wydarzeń wymusiła na politykach, by podali sobie ręce. Gdyby zaczęli się kłócić, to byłoby zgorszenie. Jako Polacy mieliśmy instynkt samozachowawczy.
W przypadku służby zdrowia opinia też jest bardzo negatywna i porozumienie jest potrzebne. Co trzeba zrobić? Przede wszystkim usiąść i bez krytykanctwa porozmawiać. Rząd powinien wysłuchać konstruktywnej krytyki. Partia ma w nazwie „obywatelska”, ale ten rząd bardzo źle się komunikuje, zerwano przecież Komisję Trójstronną. Rząd przeforsował wiele rozwiązań na siłę. Oczywiście nie da się zawsze idealnie wszystkiego uzgodnić, ale można chociaż się starać.
Poza tym proszą zobaczyć jak się traktuje opozycję w Sejmie. Niech rząd posłucha byłych ministrów, pana Balickiego, pana Piechy. Można się porozumieć. Ale Platforma jest jak Zosia-samosia. „Wszystko sama lepiej wie, wszystko sama zrobić chce. Sama, sama, sama, jak wielka dama”.
Jak będą wyglądały listy Solidarnej Polski do Parlamentu Europejskiego? Ile będzie kobiet?
Prawo wymusza parytet, więc to spełnimy. Czy będzie więcej? Nie wiem. Ale nie kierujemy się płcią, lecz kwalifikacjami. Ważne jest też to, że kobiety będą u nas na listach na miejscach, gdzie rzeczywiście mają szansę na dostanie się do Brukseli. Nie tak jak partie, które tak promują parytet, a ich kandydatki są w okręgach, gdzie się nie dostaną.
To wystartuje u was z Podkarpacia, Podhala…
Tego nie mogę powiedzieć. Na pewno panie będą na dobrych miejscach, ale szczegóły są jeszcze ustalane.
