
"RWE sprzeda oligarchom z Rosji swoje złoża i koncesje w Polsce" – alarmuje dzisiaj "Gazeta Wyborcza". Wygląda to tak, jakby RWE miało sprzedać jakieś złoża surowców Rosjanom, a ci zaraz mieli przyjechać do Polski i zacząć wydobycie. Tymczasem nie ma co siać paniki, bo Polska w tym wszystkim jest najmniej istotna.
REKLAMA
Czego tak naprawdę dotyczy kontrowersyjna transakcja, która już w sieci zaczęła się jawić jako "Niemcy sprzedają Ruskim polskie złoża"? Niemieckie RWE Dea sprzeda cały swój dział wydobywczy funduszowi LetterOne. LetterOne należy z kolei do rosyjskiego holdingu Alfa Group. Skąd więc w ogóle polski wątek? Chodzi o to, że RWE Dea ma w Polsce wykupionych pięć koncesji na poszukiwanie złóż gazu i ropy naftowej.
Czy to powód do paniki i mówienia, że niemiecka firma "sprzeda oligarchom z Rosji swoje złoża w Polsce"? Nie. Bo choć w tytule "Wyborczej" kłamstwa nie ma, to brzmi on przesadnie dramatycznie w stosunku do faktów. Czemu nie powinniśmy w ogóle przejmować się tymi doniesieniami?
RWE Dea ma 190 koncesji na całym świecie
RWE Dea posiada 190 koncesji poszukiwania złóż na całym świecie, a tylko pięć w Polsce. Do tego firma ta jest operatorem niemieckich podziemnych zbiorników gazu w Bawarii o pojemności 1,9 mld m sześciennych. To więcej, niż pojemność już powstałych polskich magazynów. Co więcej, w 2012 roku RWE Dea wydobyła 2,6 mld m sześc. gazu oraz 2,4 mln m sześc. ropy naftowej. Działalność spółka prowadzi głównie w brytyjskiej części Morza Północnego, gdzie wydobywa gaz i ropę na dziesięciu koncesjach. Jak do tego ma się pięć koncesji w Polsce?
Nie możemy sobie pozwalać na utratę inwestorów
W naszym kraju, według stanu na 1 stycznia 2013, koncesje na poszukiwanie złóż ropy i gazu ziemnego ma 48 różnych firm. Łączna liczba takich koncesji to 249 – z czego RWE Dea ma raptem pięć. Przy czym Polska nie może sobie za bardzo pozwalać na wybieranie inwestorów energetycznych w zależności od narodowości firmy. Jeden odwiert to koszt 15 milionów dolarów i musimy się pogodzić z myślą, że bez wsparcia zagranicznego kapitału ciężko będzie w ogóle poszukiwać złóż.
Koncesja na poszukiwanie =/= posiadanie złoża
Koncesja na poszukiwanie nie oznacza, że jeśli firma znajdzie tam jakieś złoża, z automatu należą one do tej spółki. Obecnie prawo jest takie, że po znalezieniu złoża podczas prac poszukiwawczych, firma, która posiadała koncesję poszukiwawczą w tym miejscu, ma pierwszeństwo do koncesji wydobywczej w tym miejscu.
Gdyby transakcja była strategiczna dla Rosjan, ktoś by ją zablokował
Jak pisze dziennik.pl, transakcja ta wymaga jeszcze akceptacji zarządu RWE oraz urzędów regulacyjnych w krajach, gdzie firma wydobywa gaz i ropę, a więc m.in. Wielkiej Brytanii.
Koncesje w Polsce to ułamek miliardowego biznesu
Te pięć posiadanych przez RWE Dea koncesji mogło kosztować łącznie do dwóch milionów złotych. Koncesje w Polsce mają więc, przynajmniej narazie, minimalne znaczenie finansowe z perspektywy biznesowej – cała transkacja bowiem wyceniana jest na 5 miliardów euro, czyli około 20 miliardów złotych. Same koncesje przy tej skali są niewiele warte, a złoża bardzo niepewne.
To nie polityka, a czysty biznes
Decyzja ta nie ma wiele wspólnego z polityką. Niemiecka firma ma długi rzędu 30 miliardów euro. Sprzedaż spółki RWE planowało już od kilkunastu miesięcy – zanim w ogóle rozpoczął się kryzys na Ukrainie. W 2013 roku RWE po raz pierwszy zanotował stratę netto od powstania w 1949 roku. Koncern pozbywa się więc spółki, która po prostu jest kulą u nogi. Prezes całego RWE Peter Tremium stwierdził zresztą, że Dea "nie jest strategicznie istotna" - cytat za "Rzeczpospolitą".
Brak działań = utrata koncesji
Jeśli Rosjanie, po przejęciu RWE Dea, nie realizowaliby swoich koncesji w Polsce, czyli nie dokonywali badań i nie inwestowali w to określonych w koncesji pieniędzy, po prostu by je stracili.
Nie warto się przejmować
Jak widać, sprawa RWE Dea została w wielu mediach zdecydowanie podkręcona. Niektórzy, jak np. dziennik.pl, podkreślali, że Michaił Fridman – główny udziałowiec funduszu LetterOne przejmującego Dea – od kilku lat "popiera Wladimira Putina". Faktycznie jest to jeden z najbogatszych Rosjan, właściciel największego banku w Rosji. Z pochodzenia Ukrainiec – do dzisiaj finansowo wspiera rodzinny Lwów.
Jak widać, sprawa RWE Dea została w wielu mediach zdecydowanie podkręcona. Niektórzy, jak np. dziennik.pl, podkreślali, że Michaił Fridman – główny udziałowiec funduszu LetterOne przejmującego Dea – od kilku lat "popiera Wladimira Putina". Faktycznie jest to jeden z najbogatszych Rosjan, właściciel największego banku w Rosji. Z pochodzenia Ukrainiec – do dzisiaj finansowo wspiera rodzinny Lwów.
Rzeczywiście też, jak opisuje to "Wyborcza", w 2013 roku Fridman i jego koledzy sprzedali połowę akcji spółki naftowej TNK-BP rosyjskiemu Rosnieftowi. 15 miliardów dolarów z tej sprzedaży przekazano do LetterOne. To właśnie z tych pieniędzy finansowany będzie zakup RWE Dea. O czym jednak "GW" nie wspomina to okoliczności sprzedaży, o których pisał "Financial Times". Rosyjscy biznesmeni byli wówczas pod naciskiem ze strony Igora Sieczina, bliskiego współpracownika Putina. Prezydent Rosji jest bowiem jednocześnie szefem Rosnieftu. W imieniu Putina Sieczin, według "FT", naciskał na biznesmenów, by sprzedawali swoje udziały państwowej firmie.
To pokazuje, jak informacja o tej transakcji, ze względu na obecną sytuację polityczną, została nieco wypaczona. Nie warto jednak podgrzewać i tak gorących relacji między Polską i Rosją – bo sprawa przejęcia RWE Dea po prostu nie ma dla nich zbyt wielkiego znaczenia.
