
Sojusz Lewicy Demokratycznej niezbyt dobrze sobie radzi politycznie podczas kryzysu na Ukrainie. Najpierw krytykowano partię jako zbyt łagodną wobec rosyjskiej polityki, potem okazało się, że jeden z jej polityków pojechał jako obserwator na referendum na Krymie. - Nie jesteśmy ani prorosyjscy, ani antyrosyjscy, tylko proeuropejscy - tłumaczy teraz SLD.
REKLAMA
Leszek Miller w czwartek ostro skrytykował Rosję za aneksję Krymu. Przypominał, że jeśli Putina tak interesuje "prawo do samostanowienia", to powinien zorganizować referendum w Czeczenii. Jednocześnie lider SLD przestrzegał przed zbyt ostrym traktowaniem Rosji, bo może się to odbić na naszej gospodarce.
Trudno więc powiedzieć, by Sojusz przyjął jednoznacznie antyrosyjską retorykę. Rzecznik partii Dariusz Joński mówi zresztą w "GW": - Nie jesteśmy ani prorosyjscy, ani antyrosyjscy, tylko proeuropejscy.
Joński tłumaczy się też "Wyborczej" z posła Adama Kępińskiego, który pojechał na Krym jako "obserwator" referendum. Według rzecznika, polityk jest młody i "popełnił błąd", ale za hotel i pobyt zapłacił sam. Ponoć Leszek Miller odradzał mu wyjazd, ale Kępiński w końcu się zdecydował. Sojusz podobno już "zmył mu głowę", bo "polityki zagranicznej nie robi się w pojedynkę".
Sekretarz partii Krzysztof Gawkowski w rozmowie z "GW" wskazuje przy tym, że inne partie ze sprawy Ukrainy zrobiły "przedwyborczą grę". Szczególnie PO, która atakuje Kaczyńskiego i SLD - ten drugi za "rzekomą prorosyjskość" i "pcha Polskę do wojny". Gawkowski wskazuje przy tym, że od Rosji jesteśmy uzależnieni energetycznie i związani gospodarczo, więc nie można traktować tego kraju zbyt ostro.
Źródło: "Gazeta Wyborcza"
