Brytyjscy więźniowie nie mogą otrzymywać książek w prezencie. Pisarze przeciwko temu protestują
Brytyjscy więźniowie nie mogą otrzymywać książek w prezencie. Pisarze przeciwko temu protestują Fot: Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta

Do ciekawego konfliktu doszło w Wielkiej Brytanii. Otóż tamtejszy rząd wprowadził zakaz dostarczania więźniom książek ich ulubionych autorów. To element programu, który ma sprawić, że więzienie nie będzie dla osadzonych przyjemnym miejscem. Jednak nowemu pomysłowi rządu sprzeciwiają się czołowi brytyjscy pisarze.

REKLAMA
Od ostaniego poniedziałku brytyjscy więźniowie nie mają łatwo. Zero upominków od krewnych. Żadnych karteczek urodzinowych od dzieci. Nie mogą nawet dostać bielizny. To oznacza, że niektórzy skazańcy miesiącami dzień w dzień nosić będą te same...majtki. Ale władze wprowadziły także zakaz przesyłania więźniom książek oraz pism, które ich interesują.
"Zakaz czytania" jako forma kary wynika z faktu, że Brytyjczycy autentycznie lubią czytać. Podczas gdy książki naszych czołowych pisarzy sprzedają się w nakładzie co najzwyżej 100 tysięcy egzemplarzy, tam sprzedaje się ich 10 razy więcej. By było jeszcze ciekawiej, Brytyjczycy ostatnio za problem uważają fakt, że aż 4 miliony Wyspiarzy nie czyta książek. W Polsce ten odsetek wynosi aż 60 procent (czyli jakieś 18-19 milionów osób). Może i nie zawsze poziom jest wysoki, niemniej jednak ludzie czytają. Zwłaszcza w więzieniach, kiedy poza siłownią nie ma więcej ciekawych zajęć.
Dlatego też rząd uznał, że miłość więźniów do literatury można wykorzystać w celach resocjalizacyjnych. Skoro lubią czytać, to niech to będzie dla nich nagroda.
Oczywiście nie jest tak, że więźniowie w ogóle nie mogą czytać. Nadal będą mieli dostęp do więziennej biblioteki. Do tego każdy więzień będzie mógł jednocześnie mieć 12 książek nad swoją pryczą. Tyle, że nie będzie mógł ot tak po prostu mieć dostępu do tych książek, których zapragnie przeczytać.
Z tym pomysłem nie zgadzają się eksperci od resocjalizacji, którzy tłumaczą, że karanie więźniów w taki sposób nie pomoże w ich resocjalizacji. Podobnego zdania są czołowi brytyjscy autorzy, jak Nick Hornby, czy Salman Rushdie. W liście do ministra sprawiedliwości Chrisa Graylinga napisali, że choć więzienie nie ma być nagrodą, to nie wolno karać ludzi brakiem dostępu do wiedzy. Zwłaszcza, że w miejscu odciętym od internetu książki stają się niezwykle ważne dla więźniów i czegoś mogą ich nauczyć.
Na swoją obronę Grayling powiedział, że nie zabrania więźniom czytania. Tak samo nie zamierza ograniczać im dostępu do ich ulubionych autorów, bo w końcu sami będą mogli je kupować. Wystarczy, że będą się dobrze sprawowali, pracowali i dostaną wyższe zarobki (tygodniówka wynosi od 10 do 15 funtów). Jeśli będą chcieli za zarobione pieniądze kupić sobie daną książkę, to nikt im nie zabroni tego zrobić.
Tyle, że spór nie kończy się na linii rząd-pisarze. Bo co to by była za debata, gdyby nie włączyła się do niej opozycja, która wskazuje na jeden ważny problem. Wielu brytyjskich więźniów w ogóle nie czyta książek. Dlatego zdaniem partii laburzystów rząd powinien się skupić na zachęcaniu skazańców do czytania, a nie wprowadzać restrykcje. Bo choć w całym kraju książek nie czyta tylko 7 procent Brytyjczyków, to w więzieniach ten odsetek jest znacznie wyższy. I zdaniem opozycji to na zwalczaniu analfabetyzmu, a nie czytelnictwa powinny się skupić władze.