
Przed każdymi wyborami w Stanach Zjednoczonych nadchodzi taki moment, gdy tematem staje się demaskowanie komunistów, którzy skrycie chcą opanować kolebkę kapitalizmu. Nie inaczej jest i tym razem. - Osiemdziesięciu demokratów z Izby Reprezentantów to komuniści - zdradza na kilka miesięcy przed wyborami prezydenckimi pewien republikanin.
REKLAMA
Allen West podczas jednego ze spotkań z wyborcami publicznie stwierdził, iż "słyszał", że dziesiątki jego kolegów z Izby Reprezentantów (niższej izby Kongresu Stanów Zjednoczonych), zasiadający w ławach demokratów, potajemnie należą również do amerykańskiej Partii Komunistycznej. West twierdzi, że to aż połowa wszystkich demokratycznych członków tego organu. Dzisiaj partia prezydenta Baracka Obamy ma tam bowiem 190 reprezentantów, a polityk naliczył wśród nich aż 80 komunistów. Proszony o podanie jakiegokolwiek nazwiska, nie był jednak w stanie tego zrobić.
Widmo komunizmu jako straszak jest stałym elementem amerykańskiej polityki od dziesiątek lat. Szczególnie dla konserwatystów, wśród których nadal pokutuje tzw. makkartyzm. Szaleńcze poszukiwanie komunistycznych agentów na początku lat 50-tych przez specjalną senacką komisję kierowaną przez Josepha McCarthy'ego do dzisiaj powraca w mniej lub bardziej spektakularny sposób. Wielu Amerykanów sądzi nawet, że Partia Komunistyczna jest w ich kraju zdelegalizowana. Ta tymczasem ma się całkiem nieźle i pod przewodnictwem niejakiego Sama Webba zajmuje się niesieniem pomocy wszelkim mniejszościom.
Od czasów McCarthy'ego jest jednak instytucją marginalną na amerykańskiej scenie politycznej. - Ze znikomymi lub nieistniejącymi dowodami jego oskarżeń, McCarthy opierał się na pomówieniach, donosach i inuendach w celu zniszczenia reputacji swoich przeciwników - pisał o jego walce z komunistami historyk Stanley Schultz. Wśród ofiar makkartyzmu znaleźli się Charlie Chaplin, John Garfield, czy Arthur Miller. Choć komisję McCarthy'ego uznano szybko za twór pozbawiony jakiejkolwiek logiki i przyzwoitości, kilka lat jej niezwykle skutecznej działalności pozwoliło wpoić w amerykańskie społeczeństwo, że oskarżenie o "nie-amerykańskość" oznacza prawdziwy ostracyzm. Co działa do dziś.
