Co naprawdę znaczy akcja "odstrzel Misia". Nie dajcie się nabrać ws. zatrzymania Bartłomieja M.

Michał Gąsior
Gdyby nie akcja CBA ws. Bartłomieja M., tematy dnia byłyby dwa: skandal z antysemitą Piotrem Rybakiem, który w państwie PiS śpi spokojnie, i milionowa afera z chrześniakiem wiceprezesa PiS w roli głównej. Zatrzymanie "Misia" to prezent dla rządzących: "Patrzcie, łapiemy swoich, korupcję wypalimy żelazem, chociaż boli".
Bartłomiej M. zatrzymany Fot. Agencja Gazeta
Pierwsze skojarzenia po porannej ofensywie CBA, w ramach której zatrzymano m.in. byłego rzecznika MON i byłego posła PiS Mariusza Antoniego K.? Rewolucja pożera własne dzieci, pisowcy rzucają się sobie do gardeł, a Kaczyński wypowiada Macierewiczowi wojnę domową. Zaraz zacznie się gra haków, bo przecież Bartłomiej M. przez kilka lat plątał się po zapleczu PiS jako zaufany byłego ministra. A i sam minister musi mieć w głowie niemałe archiwum tajemnic prezesa Kaczyńskiego.

Ale to tylko skojarzenia – w dodatku komentatorów, publicystów i polityków opozycji. Przekaz, jaki odbiorą w tej sprawie masy (czytaj: np. widzowie TVP), może być zupełnie inny. Nie jest kwestią przypadku, że newsa o zatrzymaniu Bartłomieja M. odpaliła w poniedziałek właśnie Telewizja Publiczna. Twarz M. z paskiem na oczach otwiera stronę internetową TVP Info, a na antenie mamy wydanie specjalne z losowymi obrazkami komandosów z karabinami.


Reakcja PiS była szybka i równie wymowna. Beata Mazurek przypomniała, że to sam Jarosław Kaczyński obiecywał Polakom, że "świętych krów nie będzie" i że "tak wygląda różnica w standardach PiS i PO". Mazurek w jednym twitterowym zdaniu streściła przekaz, który mają odebrać wyborcy. I odbiorą. Nie łudźmy się, że coś tutaj PiS-owi wymknęło się spod kontroli.

Tym bardziej, że przecież już to przerabialiśmy. Partia rządząca taki model "zrzucania balastu" skutecznie przetestowała przy okazji szefa KNF Marka Chrzanowskiego. Zamiast okopać się w defensywie postanowiła zdetonować ten polityczny granat poza własnym podwórkiem. Stąd szybki areszt i ta sama opowieść, którą słyszymy dziś: "nie mamy litości, nawet dla swoich, działamy szybciej niż poprzednicy".

Jasne, że to bajeczka o szeryfie, która ma przysłonić sedno afery (propozycja korupcyjna, udział Glapińskiego). Ale, jak widzimy po sondażach, ludzie słuchają i wierzą. Jeśli nawet dostrzegają skandal, to reakcja PiS jakoś to równoważy. Dlatego tak wielkie rozczarowanie tych, którzy wieszczyli: "to jest afera, która zmiecie ten rząd". Dziś nic na to nie wskazuje.

Podobnie będzie z "odstrzeleniem Misia". Bartłomiej M. to przedstawiciel skompromitowanej już frakcji, która w PiS znalazła się na oucie. Już w maju 2018 roku tygodnik "Sieci" donosił o jego udziale w aferze finansowej w PGZ – zapewne zielone światło do takiego ataku przyszło z góry.

Dzisiejsze zatrzymania PiS chce przedstawić jak rachunek sumienia. Wytrąca opozycji broń z ręki i mówi: "tak, to są nasze czarne owce". To wciąż mniejszy koszt niż np. trzymanie Bartłomieja M. i jego pryncypała w rządzie.

Ważniejsze jest inne pytanie: co przykrywa ten "Miś"?

W niedzielę przy bierności policji narodowcy na czele z Piotrem Rybakiem ogłosili na terenie byłego obozu Auschwitz, że "czas walczyć z żydostwem". Warto przypomnieć, że prokuratura, której przewodzi Zbigniew Ziobro, wnioskowała o złagodzenie kary dla Rybaka za spalenie kukły Żyda.

W poniedziałek "Gazeta Wyborcza" opisała proceder ustawiania przetargów w KGHM. Miał za tym stać chrześniak wiceprezesa PiS Adama Lipińskiego, czyli prawej ręki Kaczyńskiego. Osoba, która ujawniła te próby, została zwolniona, a chrześniak nie poniósł odpowiedzialności.

Sprawa morderstwa Adamowicza. PiS wciąż ma problem, jak odnaleźć się przy oskarżeniach o sianie nienawiści, a desperacja jest spora, skoro w weekend przekonywano, że słowa "czuć od was naftaliną" (Ewa Kopacz na konwencji PO) to mowa nienawiści gorsza niż wyczyny TVP.

Ale może właśnie już znalazło rozwiązanie. Po prostu zmienić temat.