Król Rock'n'rolla ożył i od dziś ma twarz Austina Butlera. "Elvis" to wizualna orgia, ale zero głębi

Ola Gersz
21 czerwca 2022, 10:27 • 1 minuta czytania
Król Rock and Rolla dzisiaj już zaśniedział. Nie jest modny, nie jest cool. Został zamrożony w czasie w swoich ekstrawaganckich strojach, a co jakiś czas przypominają o nim niezliczeni naśladowcy w programach rozrywkowych. I tu, cały na złoto, wchodzi Baz Luhrmann. Australijski reżyser-maksymalista, ojciec "Moulin Rouge!" i "Romea i Julii", zjada jednak w "Elvisie" swój własny ogon i wpada w samozachwyt. Robi jednak dwie dobre rzeczy: ożywia Króla i przedstawia światu fenomenalnego Austina Butlera.
Austin Butler przywraca Elvisa Presleya do życia Fot. Kadr z filmu "Elvis" / materiały prasowe

Lubię mówić, że fanką Baza Luhrmanna jestem od zawsze. W rzeczywistości jestem nią od momentu, gdy jako nieopierzona uczennica gimnazjum po raz pierwszy obejrzałam na kasecie VHS z osiedlowej wypożyczalni "Romeo i Julię" z 1996 roku.

Pamiętam, że siedziałam przyklejona do ekranu, zachwycona nie tylko urodą Leonardo DiCaprio, ale również odwagą i brawurą australijskiego reżysera, który wziął adaptowane setki razy dzieło Williama Szekspira, osadził je w XX wieku w Verona Beach (sic!) i przemielił je przez swoją szaloną wyobraźnię. Purystów oburzył, zbuntowaną młodzież zachwycił, zapisał się w historii kina.

Szybko sięgnęłam po "Moulin Rouge!". Spodziewałam się zachwytu, ale na taką emocjonalno-popkulturową miazgę nie byłam gotowa. Gdy roniłam łzy, słuchając po raz 20 z rzędu "Your Song" i "Come What May" (które maniakalnie miksowałam z "El tango de Roxanne"), zdałam sobie sprawę, że oto odkryłam (kilka lat później niż reszta świata) geniusza.

Moja miłość do kina rozgorzała i okrzepła, a wierna jej jestem do dziś – a to wszystko dzięki pewnemu australijskiemu reżyserowi, który nie wiedział, co oznacza słowo "umiar".

Mimo że nie zachwyciły mnie ani "Australia", ani "Wielki Gatsby" (z chlubnym wyjątkiem niedocenianego miniserialu "The Get Down"), to czekałam na "Elvisa". Pogodziłam się już z faktem, że takich arcydzieł, jak "Romeo i Julia" czy "Moulin Rouge!", Luhrmann już nie stworzy, ale połączenie jego maksymalistycznego, rozbuchanego i barokowego stylu z charyzmatycznym Królem, jego uwodzącą muzyką i rozkołysanymi biodrami było zbyt kuszące.

Modliłam się do bożka popkultury, by "Elvis" poszedł w ślady karygodnie lekceważonego "Rocketmana" o Eltonie Johnie, a nie przehajpowanego i absolutnie okropnego "Bohemian Rhapsody" (którego oscarowej nominacji dla najlepszego filmu do dzisiaj wielu nie potrafi zrozumieć).

Po seansie mogę z całą pewnością stwierdzić, że "Elvis" nie poszedł w ślady żadnego z nich. Zamiast tego Baz Luhrmann tanecznym krokiem odleciał ku przestworzom własnego ego i zrobił to, co ja (świadomie i z premedytacją) we wstępie do tej recenzji: skupił się na sobie, zamiast na samym Presleyu. A "Elvis" miał być przecież o nim.

Elvis Presley kontra cwany manager

Elvis Presley to jedna z największych ikon globalnej popkultury. Człowiek symbol, Król Rock and Rolla. Urodziłam się jednak za późno – Elvis był już zamrożony na scenie w Las Vegas jako relikt i złoty posąg. Memphis i Graceland, "Love Me Tender", "A Little Less Conversation" i "Heartbreak Hotel", symbol seksu, rozkołysane biodra i kiczowate stroje – z tym kojarzył mi się Elvis, ale prawdziwa osoba za marką "Elvis Presley" i niuanse jego krótkiej, acz legendarnej kariery były mi obce.

"Elvis" doedukował mnie w tym drugim, w tym pierwszym – nie za bardzo (o czym za chwilę). Króla poznajemy jako młodego chłopaka (Austin Butler), który na swoim pierwszym występie w Luizjanie (ubrany w różowy garnitur. z zaczesanymi do tyłu włosami) doprowadził dziewczyny na widowni do szaleństwa.

"Odczuwa ona emocje, co do których nie jest pewna, czy powinna się nimi cieszyć" – mówi z offu pułkownik Tom Parker, manager Presleya, gdy kamera pokazuje jego fankę z zaróżowionymi policzkami, szeroko otwartymi oczami i otwartymi ustami. Takich dziewczyn będzie na kolejnych występach Elvisa – seksualnego przystojniaka w czasach uprzedzeń i pruderii – setki i tysiące.

To właśnie wtedy Parker (Tom Hanks ze sztucznym, wielkim brzuchem, doklejonym nosem i dziwacznym akcentem) kładzie swoje łapska na tym charyzmatycznym, do bólu zdolnym artyście z Południa, który śmiało łączy białe country z czarnym R'n'B. To w Elvisie odkryje swoją cyrkową rozrywkę, dzięki której zarobi.

Parker (nie było to jego prawdziwe nazwisko – jego tożsamość okazała się fałszywa) zaprowadził Presleya na szczyt, ale to również on – co w 1980 roku ogłosił sąd – okradł gwiazdę z milionów. Niektórzy twierdzą nawet, że to on pośrednio doprowadził do śmierci wyczerpanego, uzależnionego od używek, upadłego Presleya.

Zresztą ich pierwsze na ekranie spotkanie dzieje się (co jest zbyt dosłowne) w gabinecie luster. Co jest prawdziwe, a co jest tylko odbiciem? "Elvisa" ta kwestia średnio interesuje – chodzi o show.

Wizualna orgia Baza Luhrmanna

I Luhrmann to show nam zapewnia. Film pędzi, a my wpadamy w środek iście luhrmannowskiego karnawału.

Czego tu nie ma! Dynamiczny, teledyskowy montaż, tempo pędzące na łeb na szyję, Doja Cat śpiewająca w tle "Vegas", rap przeplatający się z soulem, spocony Butler, muzyczno-religijna ekstaza w afroamerykańskim kościele, komiksowe wstawki, prasowe nagłówki i rozbuchane, kipiące seksem występy Elvisa, podczas których kamera śmiga od artysty do mdlejących fanek.

Po chwili jesteśmy już sensorycznie przeładowani, a to dopiero początek. Witajcie w świecie Baza Luhrmanna. Jest szybko, emocjonalnie i na bogato, co nie każdemu przypadnie do gustu. Orgia wizualna na sterydach.

Tyle że Luhrmann wydaje się chwilowo gubić we własnym szaleństwie i zjada własny ogon. Niektóre elementy porażają kiczem lub niedopasowaniem, jak piosenka "Vegas" Dojy Cat, która pojawia się znikąd. I mimo że Luhrmann słynie z takich muzycznych eksperymentów, które zwykły świetnie się udawały (przykład: "Wielki Gatsby"), to tutaj nie trzyma się to kupy, zważywszy, że od początku filmu leciała tylko muzyka z epoki. Podobny dysonans mamy, gdy nagle słyszymy współczesny rap. Czy Luhrmann zapomniał jak to się robi?

A co z historią samego Elvisa? I tu pojawia się problem. I wcale nie chodzi tylko o fakt, że "Elvis" to klisza na kliszy każdego filmu o rockowym muzyku (co Luhrmann usiłuje przykryć swoim bomnastycznym stylem, co działa tylko połowicznie).

W ponad 2,5-godzinnym filmie doświadczymy i narodzin legendy Elvisa Presleya, i jej upadku. Scenariusz Luhrmanna, Sama Bromella, Craiga Pearce'a i Jeremy'ego Donera zawiera praktycznie wszystkie kluczowe momenty z życia i kariery Elvisa Presleya, którego poznajemy jako zakochanego w muzyce charyzmatycznego młodzieńca z głową pełną marzeń, a żegnamy jako wyczerpanego, zrezygnowanego gwiazdora z nadwagą, który całe dnie spędza w ciemnym pokoju i nie wyobraża sobie dnia bez używek.

W "Elvisie" mamy więc pierwsze koncerty, kontrakt z RCA Records, kontrowersje obyczajowe (zdaniem konserwatystów Elvis zbyt otwarcie flirtował z czarną kulturą w czasach segregacji w latach 50., a na scenie był zbyt seksualny), związek z Priscillą Presley (Olivia DeJonge), narodziny córki Lisy Marie, służbę wojskową, karierę w Hollywood, słynny telewizyjny "Comeback Special" w 1968 roku, rezydencję w Las Vegas. Jest relacja z nadopiekuńczą matką (Helen Thomson), plany światowej trasy koncertowej, które nigdy się nie ziszczą i reklamowe chałtury.

Jest historia Elvisa, ale gdzie w tym jest sam Elvis? Nie wiemy, bo to nie on opowiada historię swojego życia. Narrator filmu jest... "pułkownik" Parker. Tak, nie przesłyszeliście się.

Niewiarygodny pułkownik Parker

"Elvis" w rzeczywistości jest opowieścią Parkera na łożu śmierci (co wygląda tak źle, jak brzmi, zwłaszcza jeśli dodamy do tego senne mary z pustego kasyna). Manager, który z pewnością dołączy do grona najbardziej znienawidzonych postaci filmowych, snuje opowieść o Presleyu z własnej perspektywy, skupiając się na udowodnieniu, że nie jest czarnym charakterem i chciał dla "swojego chłopca" jak najlepiej. Jest niewiarygodnym narratorem, z czego szybko zdajemy sobie sprawę: nie możemy mu ufać.

Ta decyzja o powierzeniu narracji demonicznemu managerowi jest dla mnie i niezrozumiała, i zbędna. Jak przytomnie zauważył David Ehrlich z portalu IndieWire, to tak jakby historię Britney Spears w jej biografii opowiadał jej ojciec, który ubezwłasnowolnił ją na kilkanaście lat. Parker, mimo że zaprzecza temu już na początku, jest czarnym charakterem "Elvisa", po co dawać mu głos?

Wygląda to na asekurację. Oddając opowieść w ręce Parkera Luhrmann nie musi wchodzić w niewygodne detale dotyczące życia Elvisa (chociażby relacja z Priscillą jest przedstawiona bez jakiegokolwiek ryzyka). Cała historia pozostaje na bezpiecznym, neutralnym poziomie, dzięki czemu scenarzyści mogą uformować ją w sposób, jaki tylko im się zamarzy. Jeśli widzowie i tak nie uwierzą Parkerowi, to czemu nie poszaleć?

Jednym z takich "szaleństw" jest nacisk na inspiracje wychowanego w Mississippi Elvisa Presleya, którego utwory we wczesnych latach krytykowano jako "zbyt czarne". Czy Elvis był kolejnym białym artystą, który przywłaszczył sobie muzykę Afroamerykanów? A może w ten sposób walczył z segregacją i oddawał hołd czarnoskórym muzykom, których uwielbiał?

Mimo że prawdziwej odpowiedzi na to pytanie nie znamy (Elvis był jednak ze swoich korzeni dumny do końca), to Luhrmann postanawia zapobiec wszelkim kontrowersjom w zarodku. Jak?

Dobitnie sygnalizuje, że Presley był głęboko związany z afroamerykańskimi artystami, bombardując nas co chwila czarną muzyką. I to się chwali, bo bez niej Presleya by nie było (a muzyczne sekwencje – pełne witalności, seksualności, emocji – są jednymi z najlepszych w "Elvisie" i robią niesamowity klimat), tyle że po pierwsze Luhrmann nie robi tego subtelnie, a po drugie dorabia teorię o rasowej otwartości Presleya, która niekoniecznie musiała być prawdziwa. Scena z płakaniem Elvisa po śmierci Martina Luthera Kinga jest już lekkim przegięciem. Kolejna asekuracja.

Elvis Presley marionetką

Film o Elvisie nie jest więc "prawdziwą historią jego życia". Nie jest próbą odpowiedzi na pytanie, kim był Elvis Presley poza sceną, a scenarzystów nie interesuje życie wewnętrzne Króla. "Elvis" nie jest opowieścią o człowieku, który kryje się za maską jednego z najgenialniejszych artystów wszech czasów. Jest czymś zupełnie innym – opowieścią o kulturowej ikonie i próbą wskrzeszenia amerykańskiej legendy. Poznajemy scenicznego Elvisa, nie Elvisa z krwi i kości.

To zamierzona decyzja Luhrmanna, jednak w połączeniu z narracją managera Presleya sprawia, że Elvis staje się marionetką we własnym filmie. Jego historią kierują dwie osoby: Luhrmann, który skupia się zrobieniu tak bardzo luhrmannowskiego filmu, jak to tylko możliwe (co momentami sprawia wrażenie, jakby reżyser wpadał w samozachwyt i popisywał się przed widzami) oraz pułkownik Parker.

Relację menadżera z muzykiem Clarisse Loughrey, recenzentka "Independent", nazywa bajką o uwięzionej w wieży księżniczce oraz złej macosze i trudno się z nią nie zgodzić. Elvis w filmie Luhrmanna nie ma sprawczości, a te niewiele momentów, gdy robi coś po swojemu, jedynie jeszcze bardziej nakręcają Parkera. Manager więzi Króla w Las Vegas, a ten coraz bardziej obumiera w swojej złotej klatce.

Co by było, gdyby Parker pozwolił Presleyowi rozwinąć skrzydła? Co Król osiągnąłby w swojej karierze, gdyby miał możliwość decydowania o swoim życiu? Czy żyłby dłużej, albo przynajmniej jego ostatniej lata wygłądałyby inaczej? Te pytania film zadaje bardzo często, sugerując, że brak kontroli Parkera oraz obyczajowych ograniczeń doprowadziłyby Elvisa na szczyt. Ale to tylko gdybanie.

Te rozważania byłyby jednak ciekawsze z perspektywy samego Presleya. Czego pragnął? Dlaczego tak często czuł się samotny? Przed czym uciekał? Próba odpowiedzi mogłaby zaowocować pogłębionym emocjonalnym filmem, jednak musimy zadowolić się Elvisem-pacynką. Genialnym artystą, człowiekiem-legendą, któremu głos odebrali Luhrmann i Parker, niczym wiedźma Urszula disneyowskiej Arielce.

Austin Butler w roli godnej Króla

Jednak spokojnie. Może i "Elvis" nie oddaje głosu Królowi, ale nie robi z niego papierowej wycinanki. A to wszystko dzięki Austinowi Butlerowi, który jest chyba najlepszym "naśladowcą" Elvisa Presleya, jaki kiedykolwiek się pojawił.

30-letni Butler, który widzom był dotąd znany głównie z "Pamiętników Carrie" i "Pewnego razu... w Hollywood" wygrał casting na Elvisa Presleya, na co wielu z nas mogło zareagować słowami: "Faktycznie, podobny". Ale Amerykanina nie łączy z gwiazdorem tylko zewnętrzne podobieństwo. Butler faktycznie staje się Presleyem, a na naszych oczach rodzi się kinowa gwiazda.

Aktor jest fenomenalny w scenach muzycznych, które są największym plusem filmu "Elvis". Śpiewa (Butler samodzielnie wykonuje utwory w pierwszej połowie), tańczy i mówi jak Presley, a na scenie kipi energią i seksualnością. Jest do bólu fizyczny: poci się, płacze, dyszy. Jest elektryczny, nie można oderwać od niego wzroku.

Butler nie jest jednak jedynie naśladowcą, jak nazwałam go na początku. Aktor sięga po coś więcej, niż atrybuty kulturowej ikony: emocje. W jego oczach są marzenia i tęsknota, smutek i samotność, romantyzm i namiętność, sceniczna dzikość i wrażliwość. Nie jest jedynie legendą, jest człowiekiem.

Elvis Presley Austina Butlera ożywa. Poimo scenariuszowych ograniczeń staje się pełnokrwistą postacią, w którym chcemy dostrzec więcej niż tylko oszałamiający talent i rozkołysane biodra. To dzięki Butlerowi bohater filmu Luhrmanna nie ginie w niezrozumiałych decyzjach twórczych oraz wizualnej orgii. Jest absolutnie fenomenalny (szczególnie w pierwszej połowie filmu) i z pewnością będzie się liczyć w oscarowym wyścigu.

Nie można jednak powiedzieć tego samego o pułkowniku Tomie Parkerze Toma Hanksa. Dlaczego akurat "ulubiony tata Ameryki" dostał tak nikczemną rolę? Chyba tylko po to, aby Hanks miał szansę na charakteryzację nie do poznania, która często jest gwarantem Oscara (co jest wyśmiewane nawet przez Hollywood). Aktor robił, co mógł, ale postać Parkera jest po prostu kuriozalna i przerysowana, niczym ze wspomnianej baśni – to chyba najgorsza kreacja Hanksa w karierze, co nawet nie do końca jest winą tego świetnego aktora.

Król Rock and Rolla ożył

"Elvis" nie idzie w ślady "Rocketmana" czy "Bohemian Rhapsody". Od tego pierwszego jest znacznie płytszy i bardziej uproszczony, od drugiego – lepszy, chociażby pod kątem muzyczności, dynamiki czy wizualności. Jednak sam nie jest również udaną biografią z prostego względu – za mało w niej Elvisa w Elvisie.

Film Baza Luhrmana nie jest jednak fatalnym filmem. Śmiem twierdzić, że większości widzów się spodoba. Dlaczego? Podobnie jak w przypadku filmu o Freddie Mercurym zadziała tu genialna rola głównego aktora, która przyćmi wszystkie wady. Jednak na lepszy film zasługiwał i sam Presley, i sam Luhrmann, którego przecież stać na więcej.

Pisałam, że mit Elvisa nieco zaśniedział. To rock and roll naszych dziadków i rodziców, którego nie mieliśmy okazji głębiej poznać w przeciwieństwie do chociażby wciąż zywych w kulturze Beatlesów czy Niny Simone. Jednak "Elvis" może to zmienić. Król ożył i znowu będzie cool. Oby. Presley na to po prostu zasługuje.

Czytaj także: https://natemat.pl/274515,film-podobny-do-bohemian-rhapsody-rocketman-swietny-film-o-elton-johnnie