Czy da się jeździć w Polsce kabrioletem w październiku? Oczywiście że tak – i wcale nie z dachem

Adam Nowiński
18 października 2022, 12:49 • 1 minuta czytania
Kiedy usłyszałem, że będę jeździł tegoroczną odsłoną Mazdy MX-5 w październiku, od razu pomyślałem sobie: "Kabrioletem w środku jesieni? Dobrze, że można w niej rozłożyć dach, przynajmniej nie zmoknę i może nie zmarznę przy ogrzewaniu na full". Nie mogłem się bardziej pomylić... oczywiście na plus.
Mazda MX-5 Fot. naTemat.pl

Nie wiem, czy to zrządzenie losu, czy tylko czysty przypadek, ale początek października w Polsce okazał się w tym roku bardzo słoneczny i wyjątkowo ciepły. To wprost idealne warunki na jazdę kabrioletem i to nie byle jakim, bo Mazdą MX-5.


Model ten mogłem do tej pory podziwiać jedynie jak mijał mnie okazyjnie gdzieś na ulicy i zawsze zastanawiałem się, jak prowadzi się tego roadstera. Wyszło na to, że dostałem okazję na zaspokojenie swojej ciekawości. I powiem wam... było warto czekać!

Do jazdy testowej dostałem tegoroczny model czwartej generacji MX-5, która jest na rynku od 2014 roku. Oczywiście przez ten czas przeszła serię modyfikacji.

Jeśli chodzi o ten konkretny samochód, to cieszę się, że Mazda podchodzi do niego w bardzo tradycyjny sposób. Co jakiś czas zmienia w nim to i owo, ale generalnie nie robi tak jak inne marki, które przekreślają dawne plany i tworzą nową wersję danego modelu od podstaw. Słusznie – jeśli coś jest dobre i sprawdza się, to po co to zmieniać?

Pierwsze wrażenie? Piorunujące

Człowiek widząc to auto ze świadomością, że będzie nim jeździł, od razu zaczyna się uśmiechać, a w środku budzi się w nim małe dziecko, które ma rozpakować długo wyczekiwany prezent. Tak przynajmniej było ze mną. To auto jest po prostu piękne i robi wrażenie już na pierwszy rzut oka.

Uwagę przykuwa jego ogromna maska (na tle całego auta) i dość krótki tył (jak na prawdziwego roadstera przystało) oraz finezyjnie wyrzeźbiona karoseria. Wszystkie jej załamania i tłoczenia uwypuklał kolor auta. Testowany przeze mnie model był w odcieniu deep crystal blue, w którym niesamowicie odbijało się światło.

Sam samochód też nie jest duży, ma nieco ponad 3,9 metra długości i nieco ponad 1,9 metra szerokości z rozłożonymi lusterkami. To sprawia, że parkowanie w mieście przestaje być takim kłopotem. Trochę gorzej z wyższymi potykaczami na jezdni, bo MX-5 jest nisko osadzony, ma dokładnie 13,5 cm prześwitu. To też sprawia, że nie przyszalejemy w nim z felgami (jedyną opcją są 17-calowe).

W środku? Lekka klaustrofobia, ale do pewnego momentu

Oczywiście nietypowa proporcja i mały prześwit sprawiają, że w środku auta nie będziemy mieli dużo miejsca. Z moim wzrostem 1,84 metra zastanawiałem się, czy nie będę szorował włosami o dach. Na szczęście tak się nie stało i muszę powiedzieć, że w MX-5 siedziało mi się bardzo wygodnie mimo niskiej pozycji.

Wewnątrz auta znajdziemy rozsądny luksus – w zależności od wybranego pakietu wyposażenia mamy skórzane fotele, nawigację, klimatyzację, tempomat, bogaty system multimedialny, podgrzewane szyby oraz siedzenia.

Oczywiście znalazło się kilka mankamentów, jak sterowanie systemem multimedialnym za pomocą pokrętła. Owszem, ekran główny w samochodzie był też dotykowy, ale najpierw trzeba było go "odblokować" pokrętłem. Kolejnym mankamentem jest mała przestrzeń na... cokolwiek. W środku mamy dostępny schowek na... okulary lub kanapkę i to wszystko. Do 130-litrowego bagażnika też za dużo nie schowamy.

Ale jeśli ktoś nie wybiera się tym autem z kimś na 3 tygodnie na wakacje do Hiszpanii lub Grecji, to swobodnie spakuje się do niego np. na krótki city break.

No i przechodzimy do wielkiego finału, gwoździa programu, wycieczki po wnętrzu MX-5, czyli do składanego dachu. Po jego schowaniu od razu środek auta przestaje być klaustrofobiczny i można poczuć wiatr we włosach i promienie słońca na twarzy. To jest coś nie do opisania.

Dach składa się ręcznie, ale niezwykle łatwo i szybko. Wystarczy zwolnić blokadę z przodu, przełożyć dźwignię i przeciągnąć dach na tył auta. Tam trzeba go docisnąć, żeby zaskoczyła tylna blokada. Cały proces trwa jakieś 3 sekundy.

Nawet ciepłolubni poczują się w tym aucie komfortowo – wystarczy włączyć ciepły nawiew, podgrzewanie siedzeń i można jechać bez dachu nawet wieczorem/nocy lub w chłodniejszy jesienny dzień.

Jazda? Niesamowite przeżycie

Nie da się jednak ukryć, że auto to robi wrażenie wszędzie, gdzie się nim pojedzie. Sam widziałem kilkukrotnie, jak ludzie wyciągali telefony i robili mu zdjęcia.

Poza tym przyciąga ich dźwięk silnika. Mimo że nie jest to potężna jednostka napędowa, bo to 184-konny, dwulitrowy silnik benzynowy, który napędza tylną oś, to jednak już samo uruchomienie auta przyprawia o ciarki ekscytacji.

A co dopiero na drodze...

Mazda MX-5 ma genialny stosunek mocy do masy. Przy wadze zaledwie 1025 kilogramów potrafi czynić cuda na drodze. Od 0 do 100 km/h rozpędza się w 6,5 sekundy, ale w mieście przy licznych światłach z pewnością docenicie jej zryw, któremu towarzyszą miłe warknięcia silnika.

Prędkość maksymalna tego auta to 219 km/h i co ciekawe nie pali za dużo. Przy 35-litrowym baku w mieście potrafi utrzymać spalanie na poziomie 6,5 litra na 100 km, co daje mu zasięg nawet do 500 km. Oczywiście jeśli przygazujemy nim mocniej, to licznik spokojnie przekroczy 8 litrów.

Płynność jazdy w MX-5 zapewnia sześciobiegowa manualna skrzynia biegów, która dla początkujących kierowców może stanowić z początku wyzwanie. Dla mnie była to jednak czysta frajda.

Cena?

Za wersję bardziej wypasioną musimy zapłacić około 154 tysięcy złotych. Jeśli zdecydujemy się na mniej bajerów, to zapłacimy około 141 tysięcy złotych. Ale powiem wam, że jest warto.

Owszem, nie jest to za bardzo praktyczne auto ze względu na mikroskopijny bagażnik i mały bak, ale nie po to kupuje się roadstera cabrio! Tu liczy się zabawa, blichtr, styl i niesamowite wrażenia z jazdy zarówno z dachem, jak i bez niego.

Zdecydowanie jest to samochód, który będę bardzo miło wspominał.