Ten film zdobył aż siedem Oscarów na tegorocznej gali. I wcale się nie dziwię [RECENZJA]

Maja Mikołajczyk
30 stycznia 2023, 15:24 • 1 minuta czytania
"Wszystko wszędzie naraz" rozbiło bank i otrzymało najpierw aż 11 nominacji do Oscara, a potem produkcja została uhonorowana siedmioma statuetkami. Chociaż to bardzo nietypowy film z niezależnego studia A24, nie dziwi mnie aż takie docenienie przez Amerykańską Akademię Filmową – oto dlaczego.
Oscary 2023. "Wszystko wszędzie naraz" [RECENZJA] Fot. kadr z filmu "Wszystko wszędzie naraz"

Blockbuster od A24

Studio A24 znane jest z produkcji nietypowych filmów. Nawet jednak jak na ich standardy debiut Dana Kwana oraz Daniela Scheinerta, czyli "Człowiek-scyzoryk", był jazdą bez trzymanki. Paul Dano ("Aż poleje się krew", "Batman") wciela się w nim bowiem w rozbitka, który zaprzyjaźnia się z... pierdzącymi zwłokami (w tej niezapomnianej roli Daniel Radcliffe).

Kwan i Scheinert na swój nowy film kazali czekać aż pięć lat, jednak chyba nikt nie miał wątpliwości, że raczej nie należy się spodziewać niczego konwencjonalnego. I chociaż rzeczywiście "Wszystko wszędzie naraz" zabiera nas w szaloną podróż pomiędzy wymiarami, w ostatecznym rozrachunku jest dość bezpiecznym filmem.

Zapewne właśnie to sprawiło, że komedia została zauważona nie tylko przez Amerykańską Akademię Filmową (produkcja otrzymała najwięcej, bo aż jedenaście nominacji), ale też przez widownię, gdyż niespodziewanie stała się ona blockbusterem oraz największym hitem wspomnianego wcześniej niezależnego studia.

Lud (oraz Akademia) z reguły nie lubi jednak nadmiernego wychodzenia poza schematy i stawia na bezpieczne historie oraz modne tematy. Dlaczego więc film Kwana i Scheinerta odniósł taki sukces?

Do tego jeszcze wrócimy, skupmy się jednak najpierw na fabule. Evelyn (Michelle Yeoh) prowadzi z mężem (Ke Huy Quan) niewielką pralnię. Pewnego dnia jej życia wywraca się do góry nogami, gdy dostaje możliwość podróży pomiędzy wymiarami i doświadczenia swoich wszystkich możliwych żywotów. Nie będzie to jednak bezpieczna wyprawa, gdyż jej szlakiem podążać będą międzywymiarowe demony.

"Wszystko wszędzie naraz" zostaje w rodzinie

"Wszystko wszędzie naraz" to na poziomie wizualnym i światotwórczym czyste szaleństwo, od którego przez niemal dwie i pół godziny ciężko oderwać wzrok. To nie tylko przegląd najróżniejszych lokacji, ale też wielu gatunków filmowych, tworzących razem wyjątkowo oryginalną kompozycję.

Dominującą estetyką jest jednak ta spod znaku azjatyckiego, a w szczególności kina kung fu. Epickie walki przeplatające się z elementami mitologii wschodu wraz z nawiązaniami do amerykańskiej popkultury to mieszanka doprawdy wybuchowa, jak i szalenie ciekawa. Jamie Lee Curtis z parówkami zamiast palców to coś, co trudno zapomnieć.

Koncepcja wieloświatu dla fanów serialu "Rick i Morty" nie będzie niczym nowym, a prezentowane przez twórców "Wszystko wszędzie naraz" koncepcje przypominają nieco te ze słynnej animacji. Kwan i Scheinert przyznali zresztą w jednym z wywiadów, że przestali oglądać animację, gdyż za dużo zrealizowanych w niej pomysłów przypominało ich własne, które chcieli zaimplementować w swoim najnowszym filmie.

Pomimo całej tej szalonej otoczki, "Wszystko wszędzie naraz" to film właściwie... familijny. Cała ta szalona jazda to właściwie pretekst do zobrazowania trudnej relacji matki z dorosłą córką, kończącej się konstatacją, że rodzina jest najważniejsza. Szalenie oryginalne, prawda?

Wydaje się jednak, że to właśnie to "uniwersalne" (ale też dość nie ukrywajmy – konserwatywne i bezpieczne) przesłanie zadecydowało o wyborze Akademii. Chociaż bowiem jury stara się nadążać za duchem czasu (na pokaz czy szczerze to inna kwestia) w ostateczności często stawia na filmy, które mogą przypaść do gustu jak najszerszej publiczności.

W budowaniu tej narracji pomaga obsada. Gwiazda "Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka", czyli Michelle Yeoh, Ke Huy Quan ("Goonies") oraz Stephanie Hsu ("Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni") tworzą ekranową rodzinę, w którą łatwo uwierzyć i zidentyfikować się z jej problemami.

Zatem choć z jednej strony komedia Kwana i Scheinerta wykracza poza wiele schematów, z drugiej doskonale się w nie wpisuje i być może to jest właśnie przepis na komercyjny sukces bez porzucania artystycznych ideałów – ja ich za to potępiać w każdym razie nie zamierzam.

Oscarowy faworyt?

Przy takiej liczbie nominacji "Wszystko wszędzie naraz" bez wątpienia zostanie nagrodzone statuetką lub statuetkami Amerykańskiej Akademii Filmowej – pytanie tylko, w jakiej/jakich kategoriach. Film Kwana i Scheinerta już został doceniony podczas rozdania Złotych Globów i nagrody otrzymali Michelle Yeoh (Najlepsza aktorka w komedii lub musicalu) oraz Ke Huy Quan (Najlepszy aktor drugoplanowy).

Do Oscarów w tym roku nominowane są zarówno klasyczne hollywoodzkie produkcje ("Avatar: Istota wody", "Top Gun: Maverick"), jak i kameralne dramaty ("Duchy Inisherin", "Aftersun").

"Wszystko wszędzie naraz" to ciekawy przypadek, gdyż chociaż trudno nazwać go kameralnym, to wciąż produkcja od niezależnego studia bez pieniędzy dużych wytwórni, która mimo wszystko zawojowała multipleksy.

Docenienie jej przez Akademię mogłoby być sygnałem dla innych twórców, że puszczanie wodzy wyobraźni również popłaca i nie tylko odbite na powielaczu produkcje Marvela potrafią ściągnąć do kin tłumy.