Dziś złożyliśmy w sejmie ustawę, która – jeśli zostanie uchwalona – zablokuje jeden z absurdalnych pomysłów ministra Rostowskiego na łatanie budżetu.

REKLAMA
Chodzi o kasy fiskalne. Do niedawna były obowiązkowe tylko dla tych przedsiębiorców, których roczny obrót przekraczał 40 tysięcy złotych. Dzięki temu kasy nie musiała mieć pani sprzedająca w Krakowie obwarzanki czy pan sprzedający znicze pod cmentarzem. Przed niespełna dwoma tygodniami to się zmieniło. Jacek Rostowski, desperacko szukając pieniędzy, wykorzystał swoje uprawnienia, wynikające z ustawy o podatku VAT. Zgodnie z nią to minister finansów, w drodze rozporządzenia, decyduje, kto jest zwolniony z obowiązku stosowania kasy fiskalnej. 1 marca weszło więc w życie nowe rozporządzenie – w którym limit obrotu jest o połowę mniejszy. Warto pamiętać, że mowa jest o obrocie, a nie dochodzie. 20 tysięcy rocznie oznacza średni miesięczny obrót na poziomie niewiele ponad 1500 zł – czyli w najlepszym razie kilkaset złotych zysku miesięcznie. Wystarczy sprzedać średnio 37 obwarzanków dziennie, żeby już mieć obowiązek wystawiana paragonu za każdy z nich. Nowe rozporządzenie Rostowskiego nakłada więc obowiązek posiadania kasy fiskalnej w praktyce na wszystkich drobnych przedsiębiorców.
Najtańsza kasa fiskalna kosztuje 800 zł, z czego maksymalnie 700 zł dopłaca państwo. Ale tych tanich kas nie ma na rynku. Są droższe – za 2, 3, 4 tysiące. Do tego dochodzą koszty eksploatacji urządzeń i obowiązkowego serwisowania. I dodatkowy problem: zasilania prądem kasy wykorzystywanej na wolnym powietrzu – bateria wystarcza na 2-3 godziny. Wszystko to razem spowoduje, że jeśli rozporządzenie Rostowskiego zostanie utrzymane, najdrobniejszym przedsiębiorcom nie pozostanie nic innego, tylko zwinąć interes i zarejestrować się w najbliższym urzędzie pracy jako bezrobotni.
Co proponujemy w zamian? Nasza ustawa, złożona dziś do laski marszałkowskiej, sztywno określa limit obrotu, uprawniającego do zwolnienia z obowiązku stosowania kasy: jako 12-krotność średniej krajowej. Na dzień dzisiejszy byłoby to nieco ponad 44 tysięcy złotych. Takie rozwiązanie zagwarantuje, że minister finansów nie będzie mógł nałożyć obowiązku stosowania kas na przedsiębiorców, osiągających obrót niższy, niż ten określony w ustawie. Jest i dodatkowy argument za przyjęciem takiego rozwiązania: przedsiębiorcy dowiedzą się z wyprzedzeniem, czy będą musieli kupić kasę fiskalną – bo jako przelicznik stosowana ma być średnia krajowa za III kwartał poprzedniego roku. Będą więc mieli co najmniej 1,5 miesiąca, żeby oszacować swój roczny obrót i bez pośpiechu kupić kasę.
Nasza ustawa to sposób na zablokowanie fatalnego dla drobnych przedsiębiorców pomysłu ministra Rostowskiego. Ale kasowanie drobnych przedsiębiorców to nie jedyny absurd, który serwuje nam ministerstwo finansów. Już wiemy o kolejnych. Jacek Rostowski chce, żeby kupujący solidarnie odpowiadali za odprowadzenie należnego VAT-u. To oznacza, że jeśli kupimy coś od nierzetelnej firmy, która VAT-u nie odprowadzi, to urząd skarbowy będzie mógł należny podatek ściągnąć z naszego konta. Kolejny „znakomity” pomysł oznacza jeszcze większą inwigilację obywateli (choć już jesteśmy liderem w Europie, jeśli chodzi o podsłuchy i ujawniane bilingi). Ministerstwo planuje znacznie zwiększyć uprawnienia urzędów skarbowych do kontrolowania naszych kont bankowych – urzędnicy będą mieli po wejściu w życie tej propozycji pełny wgląd w nasze przelewy. Pytanie, jak daleko Rostowski jest gotów pójść, żeby łatać budżet. Kolejnym krokiem może być opodatkowanie kieszonkowego…