
Ze zdumieniem przeczytałem artykuł Kamila Sikory, w którym atakuje on Armanda Ryfińskiego. Myślałem, że ewentualna obrona Armanda będzie dla mnie przynajmniej choć trochę trudna, gdyż padną sensowne zarzuty, a każdy wolnomyśliciel ma swoje zdanie i z mało kim zgadza się (lub nie zgadza) w 100 procentach. Tymczasem jednak zarzuty Kamila Sikory są kompletnie nietrafione.
REKLAMA
Nie ukrywam, że nie ze wszystkim się w wypadku posła Armanda Ryfińskiego zgadzam. Mamy też z pewnością zupełnie inną ekspresję i styl wypowiedzi. Dlatego z zaciekawieniem zacząłem czytać ">artykuł Kamila Środy "Ryfiński jako biskup, badania księży i zdejmowanie krzyża - najbardziej żenujące antykościelne pokazówki Twojego Ruchu".
Zarzut pierwszy.
"Dwaj posłowie Ruchu Palikota na nowy poziom wynieśli wykorzystywanie kruczków prawnych do walki z przeciwnikiem. Domagali się, aby księża musieli mieć badania sanepidu, których wymaga się od pracowników gastronomii. Argumentowali, że oni także podają pożywienie (komunia), więc obowiązują ich te same zasady co kelnerki i kucharzy."
Nie powiem, żeby akurat ten problem spędzał mi sen z powiek, ale faktem jest, że opłatek jest artykułem spożywczym. Spożywa go się "z ręki". Jeśli ksiądz nie umyje rąk, a ma na nich substancje bądź zarazki mogące zagrozić konsumentom, zdarzy się nieszczęście. Absurdalność wiązania opłatka z sanepidem jest oczywista tylko dla osoby głęboko wierzącej, iż opłatek nie jest produktem na bazie mąki, ale że pochodzi z nieziemskiej materii. Jak jest naprawdę? Można to bardzo łatwo sprawdzić biorąc opłatek do laboratorium chemicznego.
Oczywiście możliwość zatrucia się lub zakażenia zależy też od ilości spożytej substancji. Opłatek to nie kotlet schabowy z ziemniakami. Tym nie mniej wyjątkowo groźna toksyna, lub wyjątkowo groźna bakteria nawet przy spożyciu małej ilości mogą bardzo zaszkodzić.
Zarzut drugi.
"Armand Ryfiński, [...] zasłynął między innymi tym, że przebrał się za biskupa i paradował po Warszawie z roznegliżowanymi zakonnicami. Wyjaśniał, że to protest przeciwko zawłaszczaniu przez Kościół niedzieli."
W ramach odpowiedzi polecam wywiad Pawła Hajncla, sławnego happenera, który też przebiera się niekiedy za osoby duchowne. W trakcie swoich happeningów niejednokrotnie przekonał się on o tym, iż sam strój księdza sprawia, iż ludzie zaczynają niemal przed nim klękać. Gdy Paweł wracał pewnego razu z happeningu samochodem, strój księdza sprawił, że darowano mu natychmiast mandat. Już choćby z uwagi na "magię sutanny" warto nieco ludziom uprzytomnić, że nie szata tworzy mistrza, ale to, co jest w niej zawarte (no chyba, że wisi na wieszaku).
Prócz tego niedziela rzeczywiście nie powinna należeć do Kościoła. Apeluję zwłaszcza do moich katolickich czytelników o wyobrażenie sobie jakby to było, gdybyśmy jako ateiści zażądali z kolei poniedziałków dla siebie i nakazali zamykać wtedy wszystkie kina (i otwierać muzea na złość waszej niedzieli). A czy mając mniejszości muzułmańską i żydowską, stosujemy się do ich praw w piątek i sobotę?
Oczywiście wolny dzień w tygodniu to całkiem dobry pomysł. Ale nie musi nim być koniecznie dla wszystkich niedziela. Przeciwko ustaleniu różnych wolnych dni dla wszystkich przemawia fakt, że typowa rodzina nie składa się z osób pracujących i uczących się w jednym miejscu, wedle jednego scenariusza. Tym niemniej pytanie o prawo chrześcijan do zawłaszczania niedzieli jest zupełnie na serio i jest rzeczą, nad którą warto się zastanowić.
Jeśli chodzi o roznegliżowane zakonnice, to uważam, że chrześcijaństwo ma dziwny stosunek do ludzkiego ciała, a zwłaszcza do ciała kobiety. To też ważny temat, który można poruszać zarówno poprzez happening, jak i w debacie.
Zarzut trzeci.
"Znani z promowania marihuany politycy Ruchu Palikota domagali się wyłączenia z programu nauczania religii cudu przemienienia wody w wino. Wyjaśniali, że ich zdaniem ta biblijna scena to nic innego jak zachęcanie dzieci i młodzieży do picia alkoholu. W tej samej interpelacji do Ministerstwa Edukacji przekonywali też, że opis Jezusa chodzącego po wodzie może doprowadzić do wzrostu liczby utonięć."
Faktem jest, że w kulturze chrześcijańskiej alkohol jest tolerowany, a nawet uważany za coś niezbędnego dla jednania się ze sobą ludzi. Faktem jest też, że są religie oparte na innych symbolach, oraz dogmatach, gdzie alkohol nie jest dobrze widziany. Znaczenie wina dla chrześcijaństwa z pewnością jest rekomendacją alkoholu w powszechnym rozumieniu. Świadczy o tym nasza obecna kultura, jak i nasza historia. W dawnych czasach pijaństwo bywało nawet oznaką statusu i godności. Jeśli zaś chodzi o biblijne cuda, to przecież każe się w nie ludziom wierzyć i rzeczywiście istnieją ludzie, którzy wierzą, że i im może się przytrafić coś podobnego. Prowadzić to może do niepotrzebnego rozczarowania rzeczywistością, albo i ryzykownych eksperymentów. Na szczęście większość ludzi jest na tyle rozsądna, że nie sprawdza umiejętności chodzenia po wodzie bez umiejętności pływackich. A, że czasem bywa inaczej, starczy spytać psychiatrów z długim stażem.
Zarzut czwarty.
"Krótko po wejściu do Sejmu politycy Ruchu Palikota zaczęli urządzać salę posiedzeń Sejmu. Wydali walkę krzyżowi, próbując doprowadzić do jego zdjęcia. Kiedy ścieżka prawna nie przyniosła skutku, grozili, że zdejmą go nocą. Ta głośna, choć nieistotna, wojna stała się stałym motywem polityków tej partii - podjęli oni też sądową walkę o usunięcie tego symbolu z Sejmu, ale przegrali. W niektórych urzędach na terenie kraju obok znaku katolików wieszali też gwiazdy Dawida i krzyże prawosławne."
No to już jest zupełny strzał w stopę... Naśmiewanie się z prób przywrócenia neutralności światopoglądowej w przestrzeni publicznej świadczy moim zdaniem o braku zrozumienia dla demokracji. Zaś szok płynący z dowieszania do krzyży innych symboli religijnych jest przejawem nietolerancji. Czasem krytyka kogoś staje się niezamierzoną samokrytyką...
Zarzut piąty.
"Nie ulega wątpliwości, że najbardziej wojowniczym antyklerykałem jest Armand Ryfiński. Nie wystarczyło mu rozrabianie na krajowym podwórku i postanowił eksportować swoje księżycowe pomysły. Napisał list do ówczesnego papieża Benedykta XVI, w którym chciał aby Stolica Apostolska przysłała do Polski pięć miliardów euro na pomoc ofiarom księży-pedofilów. Choć to w istocie poważny problem, takie działania tylko go banalizują i sprowadzają do roli pretekstu dla politycznej hucpy."
Dlaczego banalizują? Papieże są bezpośrednio odpowiedzialni za Kościół, który ma strukturę hierarchiczną. Znane są też liczne przypadki tuszowania pedofilii przez Watykan. Ofiarom pedofilii należą się odszkodowania i sądy amerykańskie ani przez chwilę nie zastanawiały się, że może być inaczej, gdy pedofilia kościelna wyszła na jaw w USA. Papieże i Watykan są chronieni przed poważnymi problemami prawnymi głównie z uwagi na prawo międzynarodowe i niejasny statut "przywódców duchowych" w XXI wieku.
I na koniec odniosę się do wniosków płynących z całości artykułu Kamila Sikory. Po pierwsze, sprawy tu poruszone nie są aż tak niepoważne, jak mogłoby się wydawać autorowi krytyki, do której się odnoszę. Kwestie tolerancji, kwestie przestrzeni neutralnej łączącej wszystkich Polaków, kwestie prawdziwej demokracji a nie narzucania mniejszościom rzeczy tylko pozornie "oczywistych", to wszystko są kwestie istotne. Tylko zadając sobie w tym zakresie poważne pytania i szukając poważnych odpowiedzi staniemy się społeczeństwem otwartym, obywatelskim i nowoczesnym. Nie sądzę też, aby zajmowanie się powyższymi kwestiami przeszkadzało poruszać zaangażowanym w nie osobom inne tematy.
I jeszcze jedna rzecz. Fakt, że kandyduję do parlamentu europejskiego z listy Europa+ Twój Ruch na Dolnym Śląsku i Opolszczyźnie, może oczywiście wpływać na mój obiektywizm (choć nie należę do żadnej partii politycznej). Ale w tym wypadku nie sądzę, abym napisał coś innego w innej sytuacji. Zarzuty Kamila Sikory są po prostu nietrafione.
