
W kwestii tak zwanej islamizacji Europa w roku 2014 daje obraz mieszany. Zjawiska, które można by zaliczyć na korzyść społeczeństw opowiadających się za sekularyzmem i równością obywateli wobec prawa, noszą jednocześnie negatywny potencjał. I odwrotnie, to, co na pierwszy rzut oka wydaje się negatywne, jest pierwszym krokiem do poprawy - ujawnieniem się choroby. Poniżej subiektywny przegląd 2014 roku.
REKLAMA
Pegida
Zdecydowanie na plus jest to, że pierwszy tak duży i rosnący ruch przeciwstawiający się islamizacji pojawił się w Niemczech. Zdobywa coraz większe poparcie, prawie do 75% Niemców w całości, w większości lub częściowo popiera ich postulaty. Nie bardzo wiadomo czy się utrzyma i czy uda mu się uniknąć związków ze skrajnie prawicowymi, neofaszystowskimi organizacjami.
Natomiast zdecydowanym minusem jest reakcja niemieckiej klasy politycznej i mediów. Natychmiastowe odrzucenie, próba wepchnięcia do narożnika ksenofobii i rasizmu, brak polemiki i odniesienia do postulatów ruchu, ewidentne kłamstwa na jego temat, podszywanie się dziennikarzy pod sympatyków Pegidy, a potem oskarżanie ruchu o niechęć do dialogu. Co dla samego ruchu może być bardzo korzystne, cementując go i zwiększając dla niego poparcie. Ludzie nie kupują już na klęczkach byle czego, co im pan dziennikarz sprzeda.
Szwecja
Wykazała w 2014 roku coraz większe oznaki wielokulturowego zidiocenia. Jeszcze pod koniec roku 2013 wydział planowania przestrzennego Sztokholmu wyliczył, że w dużej mierze, w związku z przyjmowaniem imigrantów z Syrii i Afganistanu, miasto powiększy się a imigranci będą stanowili prawie połowę jego mieszkańców. Wniosek? Budujmy więcej meczetów. To, że szwedzka policja naliczyła 55 stref, w których działanie służb jest, delikatnie mówiąc, utrudnione i że pokrywają się one ze strefami zamieszkałymi przez imigrantów, nie stanowi dla projektantów przyszłości kraju problemu. Narastanie antysemityzmu w społecznościach muzułmańskich także. Liczba gwałtów, których sprawcami są imigranci, również. Największe oburzenie rządu i natychmiastowy plan walki z "islamofobią" wywołuje podpalenie dwóch meczetów. Jakkolwiek samo w sobie jest to oburzające, to przecież nie jedyny w tym kraju rodzaj przemocy spowodowanej nienawiścią. Wspomniane pobicia Żydów i wyzwiska ze strony muzułmanów nie dały asumptu do narodowej kampanii przeciwko antysemitom, wszak priorytetem rządu jest uznanie Palestyny.
To, co może wydawać się pozytywne w tej całej sytuacji, to wzrost poparcia dla partii Szwedzkich Demokratów - nie jako wyraz poparcia dla samej partii, ale symptom, że społeczeństwo budzi się powoli z wielokulturowego snu. Chociaż, jeżeli tendencje się nie zmienią, sugerowałbym zwiększoną produkcję kanonierek dla polskiej floty; będą w przyszłości potrzebne, podobnie jak Włochom, Grekom i Hiszpanom.
Eurodżihad
O wyjazdach mieszkańców Europy na dżihad do Syrii i Iraku zaczynało być głośno w 2013 roku, jednak wraz ze wzrostem znaczenia ISIS wszyscy zaczęli się w Europie zastanawiać, co będzie jak ci ludzie wrócą. Oczywiście rozpoczęto od głosów w rodzaju „zero tolerancji”, „zabrać paszporty”, ale później okazało się, że terrorysty nie można deportować do kraju pochodzenia, bo za długo był na przykład w Wielkiej Brytanii i nie ma związku z krajem ojczystym. Zaczęto rozważać terapie psychologiczne dla powracających, mające przywrócić ich społeczeństwu. W końcu niemiecki minister spraw wewnętrznych Thomas de Maize odkrył, że to „nasze córki i nasi synowie”. Zbieżność z kontrowersyjnym serialem „Nasze matki, nasi ojcowie” jest przypadkowa, ale wobec swojej przyszłości Niemcy poczęli być równie niefrasobliwi jak wobec swojej historii.
Dla jednych ci europejscy dżihadyści to zimni terroryści, decydujący się na wyjazd, żeby mordować. Dla innych to zagubione, zwiedzione dzieci, które płaczą gdy zepsuje im się iPod, a dżihad przestaje być fajny, gdy nie można pochwalić się nim na Facebooku. Oczywiście trochę to przesada, dochodzi także do wyroków skazujących. Problem pozostaje jednak nierozwiązany, a jak oświadczył po powrocie z Państwa Islamskiego niemiecki pisarz Jurgen Todenhofer, nam też ono zagraża. Analitycy szacują, że około 600 samotnych wilków może znaleźć się wkrótce na terenie Europy.
Jedynym plusem jest tutaj to, że w coraz szerszej świadomości społeczeństwa dyskusja o radykalnych kaznodziejach islamskich i o potencjale nienawiści tkwiącym w islamie coraz bardziej przestaje być tabu.
Brytyjskie skandale
Dwa wielkie skandale ujrzały światło dzienne w Wielkiej Brytanii. Sukcesem już jest to, że udało się to wyświetlić, ponieważ przez lata islamizacyjne tendencje i przestępczość wśród imigrantów były spychane pod dywan. Teraz wyszło na jaw, że w miejscowości Rotherham lokalne władze, związane z popierającą wielokulturowość lewicą, przez 10 lat przymykały oczy na proceder zbiorowego gwałcenia, przymuszania do prostytucji i wykorzystywania białych dziewczyn z upośledzonych warstw społeczeństwa. Dotyczyło to około 1 400 dziewcząt na przestrzeni dekady. Każdy z odpowiedzialnych za nie robienie niczego z tą tajemnicą poliszynela zasłaniał się obawami przed oskarżeniami o rasizm. Czyżby stygmatyzacja zatykająca ludziom usta w kraju Orwella stała się już tak silna?
Drugą sprawa to akcja Koń Trojański, proceder przejmowania kontroli nad szkołami w Birmingham przez islamistów. Zastraszano lub wyrzucano dyrektorów, wciągając w te działania uczniów i rodziców. Kontrole z ministerstwa przechodziły gładko, bo okazało się, że kuratorium też było reprezentowane przez muzułmanina. Na szczęście próbie ukręcono łeb.
Pozytywne jest też to, że Towarzystwo Prawnicze (Law Society), wydające zalecenia dla prawników, pod naporem opinii społecznej wycofało się z publikacji poradnika dla adwokatów i notariuszy na temat stosowania w Wielkiej Brytanii prawa szariatu. Ciągle jednak w tym kraju o pewnych sprawach mówić nie wolno.
Polska
W Polsce oczywiście te sprawy mają na razie skalę mikro. Pod koniec roku ujawniono, że kilku Polaków jest w szeregach dżihadystów. Niepokojąca staje się jednak zmiana akcentów w polskim islamie pomiędzy zintegrowanymi Tatarami, a społecznością imigrantów z Bliskiego Wschodu i rodzimych konwertytów. Najpierw było pobicie i wygnanie sekretarza gminy muzułmańskiej z meczetu w Gdańsku przez imama Haniego Hraisha, zwolennika szariackiej kary obcinania rąk złodziejom, który nie godzi się z pozbawieniem go funkcji. Następnie burza przeciwko wypowiedziom profesora Selima Chazbijewicza, muzułmanina, o braku konieczności noszenia chust, rozpętana na forach przez salafitów. Konwertytka Agnieszka Wasilewska, często goszcząca w mediach, domagała się nawet usunięcia go z Muzułmańskiego Związku Religijnego. Pod koniec roku okazało się natomiast, że należący do MZR meczet warszawski wymyka się kontroli władz i zaprosił kaznodziejów z salafickiej organizacji Mission Dawah, żeby nawracali Polaków na islam. Co prawda pierwsza wizyta obyła się bez ekscesów, ale w Wielkiej Brytanii Mission Dawah poddana jest ostrej krytyce, a University College of London zakazał im wstępu na uczelnię za wprowadzanie segregacji płciowej na ich debatach.
Niestety, wygląda na to, że wraz ze wzrostem obecności konwertytów i imigrantów w Polsce, nasi Tatarzy będą mieli coraz mniejszy wpływ na islam w kraju.
A byłbym zapomniał. Media otrąbiły sukces integracji, na przedmieściach francuskich miast, w sylwestrową noc spalono o 12% mniej aut niż w roku 2013. Tym samym spadliśmy poniżej tysiąca, więc jest nadzieja.
