Partii Jarosława Kaczyńskiego trzeba podziękować. Przede wszystkim za to, że – chyba wbrew swoim prawdziwym intencjom – odsłania nam niemal każdego dnia swoje oblicze. W tym sensie ofensywę medialną, jaką prowadzi PiS przy udziale piarowców, należy postrzegać niczym działanie na rzecz dobra wspólnego. I za to PiS-owi jesteśmy dziś wdzięczni.
REKLAMA
Jest bowiem jasne, że PiS chwyta się już niemal wszystkiego, co mogłoby przynieść polityczne profity. Sęk w tym, że czegokolwiek się nie tknie, zamienia w farsę.
Tak jest, po pierwsze, gdy PiS kolonizuje pamięć o katastrofie smoleńskiej. PiS tak bardzo zabiega o to, by być jedynym kustoszem tej pamięci, tak bardzo wykorzystuje katastrofę lotniczą do bieżącej walki politycznej, że skutecznie odziera ją z należytej powagi. Efektem tej działalności są narodziny popreligii smoleńskiej, która tyle samo zła czyni państwu, co i katolicyzmowi, który – szczególnie w wydaniu radiomaryjnym – bardziej zdaje się wierzyć w zamach w Smoleńsku niż w zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa.
Co więcej, gdy PiS dostrzega, że ze „smoleńskiej mąki” nie ma „politycznego chleba”, bez żalu porzuca temat katastrofy jako swoją „tajną broń” polityczną na rzecz pomysłu rządu eksperckiego.
Ale i tu, i to po drugie, góra rodzi mysz. Bo PiS koniec końców chce pokazać się Polakom jako partia merytoryczna, mogąca realnie stanowić polityczną alternatywę dla PO. Stąd od kilku miesięcy bawi się w kabaret pt. „Projekt Gliński”.
Co zapamiętamy z tej PiSoweskiej politycznej farsy? Profesora Glińskiego, który udaje premiera. Jego ekspertów, którzy udają ministrów. I, na koniec, debatę w Sejmie nad votum nieufności dla rządu Donalda Tuska, w czasie którego prezes największej partii opozycyjnej robi za stojak dla tableta.
Chcę jasno powiedzieć: pisząc to, nie mam wcale poczucia radości. Mam za to poczucie smutku i zażenowania, gdyż każdy rząd potrzebuje silnej opozycji. Władza powinna czuć na plecach oddech konkurentów politycznych, którzy w każdej chwili byliby gotowi przejąć jej stery. A co robi rodzima opozycja?
Gdy premier Donald Tusk negocjuje dla Polski dobry budżet unijny i przywozi z Brukseli 300 miliardów złotych, PiS bawi się w „Projekt Gliński”. Gdy rząd rozpoczyna kluczową dla Polski dyskusję o warunkach i drodze przystąpienia do strefy euro, lewica – niczym skłócone małżeństwo – spiera się, kto ma być jej jedynym liderem: czy tandem Kwaśniewski&Palikot, czy były kanclerz Miller.
Tak czy inaczej, rząd Donalda Tuska nie może liczyć na to, by opozycja parlamentarna przedstawiła merytoryczny plan, który byłby poważnym, konkurencyjnym projektem politycznym. Czy to oznacza, że rząd może spać spokojnie? Nic z tych rzeczy.
Dziś mamy do czynienia z sytuacją, że autentyczną opozycją – w tym merytoryczną – nie są partie polityczne zasiadające w sejmie i zgarniające subwencje (ani PiS, ani SLD), a organizacje pozarządowe, think tanki czy fundacje.
Dziś mamy do czynienia z sytuacją, że autentyczną opozycją – w tym merytoryczną – nie są partie polityczne zasiadające w sejmie i zgarniające subwencje (ani PiS, ani SLD), a organizacje pozarządowe, think tanki czy fundacje.
Przykładem mogą być choćby słynne Manify, które w niedzielę przemaszerowały ulicami polskich miast. Organizacje kobiece, które je przygotowują, każdego roku zwracają rządzącym uwagę na realne problemy: od kwestii parytetów poczynając (sprawa wymuszona na politykach i ostatecznie załatwiona), poprzez prawa pracownicze, a na kwestii in vitro czy braku żłobków kończąc.
Działaczki i działacze, eksperci i analitycy tych organizacji nie zajmują się tym, co jeden polityk myśli o drugiem – zresztą, kogo to, na dobrą sprawę, obchodzi poza nimi samymi i żyjącymi z ich opluwania się dziennikarzami – ale domagają się rozwiązywania konkretnych problemów. W tym sensie stają się skuteczną, pozaparlamentarną opozycją.
Być może więc rząd w różnej maści NGO i fundacjach winien dziś postrzegać partnera do dyskusji, by szybciej wprowadzać zmiany podnoszące jakość życia w Polsce.
Być może otwarta dyskusja rządu z tymi organizacjami sprawi, że ludzie znów uwierzą, iż polityka to jednak coś więcej niż okładanie się cepami z mównicy sejmowej i w studiach telewizyjnych.
Być może, dzięki takim otwartym dyskusjom i rozmowom uda nam się wskrzesić obywatelskie zaangażowanie, które jest przecież solą każdej żywej demokracji.
Być może, dzięki takim otwartym dyskusjom i rozmowom uda nam się wskrzesić obywatelskie zaangażowanie, które jest przecież solą każdej żywej demokracji.
Być może widząc to nacjonalistyczna prawica zrozumie, że demokracja to debata na argumenty, a nie rzucanie kamieniami na demonstracjach czy przerywanie wykładów na uniwersytecie.
I w końcu, choć tu moja wiara jest najsłabsza, może dzięki temu dzisiejsza opozycja zrozumie, widząc merytoryczną dyskusję, że w polityce nie trzeba robić za chamskiego błazna, jak czyni to Palikot, że nie trzeba robić za stojak do tableta, jak czyni to Jarosław Kaczyński, by skutecznie podjąć ideową rękawicę. Jej podniesienie byłoby korzystne i dla Polski, i dla debaty publicznej, i w końcu dla rządzących.
