czyli o nieodróżnianiu homoseksualności i transeksualności w wykonaniu posła Palikota.

REKLAMA
W sobotnim wywiadzie dla portalu natemat.pl mówiłem o tym, że odnoszę wrażenie, iż konserwatyści (tam reprezentowani przez Akademicki Klub Obywatelski im. Lecha Kaczyńskiego) nie dostrzegają tego, że homoseksualność i transeksualność to dwa zjawiska nie mająca punktów wspólnych. Nie jestem seksuologiem, więc nie będę się wymądrzał, że jedno dotyczy tożsamości płciowej, a drugie orientacji seksualnej i pozostawię to specjalistom.
Tymczasem świadectwo podobnej niewiedzy nadeszło z najbardizej nieoczekiwanego źródła. Janusz Palikot - bo onim tu mowa - na wspólnej konferencji z SDPL na jedno z pytań dziennikarza dotyczące zgłoszonej kandydatury poseł Anny Grodzkiej na stanowisko wicemarszałka Sejmu odrzekł, że takie postępowanie, które doprowadziłoby do zablokowania tej kandydatury "to oczywiście byłby tak naprawdę kolejny przejaw ukrytej wprawdzie i takiej dość cwanej homofobii" (cyt. za gazeta.pl). Tymczasem homofobia to termin ukuty dla określenia uprzedzeń do homoseksualistów w przeciwieństwie od transofobii, czyli ostracyzmu społecznego względem osób po korekcie(zmianie) płci.
Utwierdza mnie to w przekonaniu, że kandydatura poseł Grodzkiej służy Januszowi Palikotowi głównie jako środek zdobywania medialnej uwagi i swoistej gry, w stylu "zobaczymy jak się zachowacie, gdy zagram taką kartę". Nie kwestionuję tutaj kompetencji poseł Grodzkiej, bo wiem o nich równie niewiele jak o kompetencjach ustępującej marszałek Nowickiej. Chodzi mi bardziej o to, że mam wrażenie, że Janusz Palikot wziął nijako Sejm jako zakładników i zwyczajnie bawi się ludźmi (w tym przypadku poseł Grodzką i innymi posłami), a zgłoszona kandydatura jest właśnie bardziej taką "zabawką" niż próbą zwrócenia uwagi na problem transofobii. Być może poseł Palikot nawet nie zna tego słowa.