Ostatnie doniesienia o kwalifikacjach "ekspertów Macierewicza" obudziły moją konsternację. Z jednej strony uznaję autorytet naukowy biegłych, ale ich kwalifikacje w ramach badania katastrof lotniczych nie są przekonujące. Mimo wszystko bez interdyscyplinarnej komisji pod przewodnictwem osoby posiadającej niekwestionowany naukowy autorytet sprawa nie zostanie rozstrzygnięta.

REKLAMA
Nie dziwne, że wypowiedzi naukowców budzą wesołość i rodzą setki nowych memów w sieci. Jednakże gdy odejdziemy na chwilę od śmieszności stwierdzeń, że eksperci do swoich kompetencji zaliczają klejenie modelów samolotów i wybuchy w szopach, w oczy rzuca się coś więcej.
Nauka ma to do siebie, że potrzebuje konfrontacji. Nie ma jednej prawdy objawionej. To nic złego, że naukowcy toczą spory. Jednak kluczowe jest, aby nie pozwalali sobie na drogę na skróty – szarlatanerię i bałaganiarstwo. Nauki ścisłe mają to do siebie, że wymagają dowodów dla uzasadnienia stawianych tez. Inaczej mamy do czynienia z hipotezami, a te w żadnym razie nie mogą być uznane za fakty. Na tym polega nadużycie Antoniego Macierewicza, który dokonuje nadinterpretacji i żongluje faktami tak, jak mu wygodnie.
Nie uważam, że ludzie, którzy wierzą w zamach to - jakby powiedział Jacek Kurski - ciemna masa. Gdy zastanawiam się nad tym, dlaczego jedna trzecia Polaków dopuszcza do siebie myśl o zamachu, tylko jedna możliwość przychodzi mi do głowy. Znamionuje ona szerszy problem, który wiąże się jednocześnie z wahającym się poparciem dla Platformy. Chodzi o to, że wobec zbyt trudnej materii ludzie muszą polegać na swoich wrażeniach, subiektywnych opiniach o tym, czy ktoś jest przekonujący czy nie. Nie raz już zdarzało się, że przekonujący okazywali się zwykłymi oszustami, hochsztaplerami. Rzadziej przyznawali, że dopuszczają do błędu. Problem wiarygodności komisji Macierewicza nie polega na tym, że ich eksperci to ludzie niekompetentni. Wyrywki zeznań podawane przez media mogą być mylące, choć nie będę próbować bronić tego, że częste latanie samolotem daje kompetencje do badania katastrof lotniczych.
Prawdziwy problem polega na tym, że zbyt rzadko wskazujemy na to, że sensacyjne wersje wzajemnie się wykluczają. Politycy PiS-u nauczyli się już, że nie należy potwierdzać tezy o tym, że w Smoleńsku mieliśmy do czynienia z zamachem. Obowiązujący przekaz to „nic nie możemy wykluczyć”, „mówimy tylko, że był wybuch” i tym podobne. Asekurują się przed etykietkami oszołomów i histeryków, ale faktycznie trudno oprzeć się wrażeniu, że ich jedynym celem nie jest żadne dojście do prawdy, ale jedynie mnożenie i potęgowanie wątpliwości. Gdy pokazały się sensacyjne informacje o trotylu – mówili zbrodnia, gdy wyciągnęli jakiś raport Edmunda Klicha, w którym wskazywał na winę rosyjskich kontrolerów – zarzucali znów jakiś spisek Putina z polskimi politykami. To wszystko razem, mówiąc kolokwialnie, nie trzyma się kupy.
Skoro był wybuch, to po co rosyjska wieża miałaby się narażać na zarzuty nierzetelności? Takich i podobnych sprzeczności jest dużo więcej i nie jest moim celem je tu wyliczać. Martwi mnie jednak cynizm, z jakim część PiS-u traktuje opinię publiczną, rodziny ofiar i w końcu coś, czego nie sposób jest określić jednym słowem, ale najbliżej pewnie byłoby nazwać to szacunkiem dla swojego państwa. Naszej Polski, z której jestem dumny, choć jej nie idealizuje. Naszej ojczyzny, która choć niedoskonała, wypracowana jest w pracy milionów Polaków, którzy nasze państwo utrzymują, budują i chcą być podmiotem, a nie „ciemną masą”, której można wciskać byle „kit”. Prawdziwy cel, jaki odnajduję w działaniach PiS-u to utrwalenie jednego przekazu – „nigdy nie poznamy przyczyn tej katastrofy”. Prawda nie jest nikomu w PiS potrzebna. Tym bardziej nie można liczyć na to, że kiedykolwiek działania Macierewicza, Hofmana czy innych polityków Jarosława Kaczyńskiego przyniosą jakiekolwiek odpowiedzi. Jedyne co może nas ocalić od omamienia to zdrowy rozsądek. Tylko i aż tyle.