Eksperci Antoniego Macierewicza wypuszczają kolejne teorie sugerujące zamach i bomby w samolocie. Wydawać by się mogło, że każdy bierze odpowiedzialność za swoje słowa, ale tym razem jest nieco inaczej. Milczenie Michała Kleibera, to wsparcie naukowców broniących teorii o wybuchu pracujących dla PiS i Antoniego Macierewicza. Profesor dzięki autorytetowi swojemu i Polskiej Akademii Nauk, świadomie wykreował się na rozjemcę i wszedł w środek wiążącego najwięcej emocji sporu politycznego w Polsce.
Gdzie ma prawdę prof. Kleiber?
REKLAMA
Eksperci Antoniego Macierewicza wypuszczają kolejne teorie sugerujące zamach i bomby w samolocie. Wydawać by się mogło, że każdy bierze odpowiedzialność za swoje słowa, ale tym razem jest nieco inaczej. Milczenie Michała Kleibera, to wsparcie naukowców broniących teorii o wybuchu pracujących dla PiS i Antoniego Macierewicza. Profesor dzięki autorytetowi swojemu i Polskiej Akademii Nauk, świadomie wykreował się na rozjemcę i wszedł w środek wiążącego najwięcej emocji sporu politycznego w Polsce. Dlatego właśnie to prezes PAN, powinien ostatecznie demaskować fałsz i szczególnie troszczyć się o obronę naukowej prawdy. To, że wycofuje się właśnie w momencie gdy autorytet czołowych członków zespołu Antoniego Macierewicza został tak mocno podważony, upoważnia mnie do twierdzenia, że jego pomysł miał służyć de facto wsparciu PiS, obozu smoleńskiego i samego Jarosława Kaczyńskiego. Jako prezes najpoważniejszej instytucji naukowej w kraju reprezentuje powagę nauki i wszystkich polskich badaczy. Wciąganie takiego autorytetu do polityki, w sposób który nie jest bezstronny, budzi mój sprzeciw. Nie chcę aby teraz dzięki unikom wycofywał się z odpowiedzialności za to.
Choć Rońdy, profesora od wiadra i blefów, nikt już nie broni, to ze zdumieniem patrzę jak na jego absolutną dezynwolturę zareagowali niektórzy koledzy profesorzy. Zdaniem profesora Glińskiego, problem z Rońdą polega z naukowego punktu widzenia na tym, że posłużył się on „nieistniejącym dowodem”. Można śmiać się, że "kandydat na każde stanowisko w państwie" dokonuje ekwilibrystyki logicznej zakładając, że "nieistniejące dowody" mogą istnieć w rzeczywistości i są tylko nieco gorsze od "dowodów istniejących". Nie ma jednak nic gorszego niż źle pojęta solidarność wobec środowiska, bo nie broni ona w żaden sposób jego autorytetu, ale staje się przyczynkiem do frontalnego ataku.
Państwo mogą spytać – czego spodziewać się po Glińskim, który oddał się Kaczyńskiemu i szybko zrezygnował z jakiejkolwiek samodzielności? Dlatego też odpowiadam od razu, że głównym problemem jest dla mnie szef obdarzonej największym autorytetem naukowym instytucji, Michał Kleiber.
Kiedy słuchałem jego wywiadów, których od piątku udzielił już kilka, wpadałem w coraz większą konsternację. Nie byłem zwolennikiem pomysłu profesora Kleibera. Uważałem, że nie można stawiać na jednej płaszczyźnie wyników prac zespołu zobowiązanego przez państwowe procedury do obiektywnego dojścia do odpowiedzi o przyczynach katastrofy i tez zespołu Antoniego Macierewicza, którego celem nie jest wyjaśnienie czegokolwiek, lecz nieustanne mnożenie wątpliwości.
Wiem jednak, że są wśród nas tacy, którzy choć nie wierzą w katastrofę, mają szereg wątpliwości wobec raportu Millera. To ich przez kilka tygodni profesor Kleiber nęcił wizją zorganizowania naukowej konferencji smoleńskiej. To oni przede wszystkim mogli oczekiwać weryfikacji teorii o sztucznej mgle, helu i wybuchu. Teraz szef PAN porzuca ten pomysł i wyłącza się z dyskusji. Tylko dlaczego robi to w momencie, gdy profesor Rońda daje tak silny pretekst i argument by powiedzieć jasno, że teorie spiskowe nie mają poparcia w nauce? Wprawdzie mówi się wiele, o tym że zespół Macierewicza ma zostać rozwiązany, ale moim zdaniem nie tędy droga. Nie chodzi przecież o to, by zespół przegonić, ale by przeciwstawić się manipulowaniu ludźmi i wprowadzaniu ich w błąd. Miałem przez chwilę nadzieję, że po przyznaniu się profesora Rońdy do kłamstwa, pozostali naukowcy ze wstydu rozwiążą zespół, ale jak widać postanowiono przekuć klęskę w sukces i iść w zaparte.
Dziś ma miejsce kolejna odsłona rewelacji smoleńskich. Pan Cieszewski udowadnia, że brzoza, z którą zderzył się samolot była złamana już pięć dni przed katastrofą. Starałem się oglądać jego wykład, ale nie przekonał mnie do niczego. Wpatruję się w zdjęcia profesora i widzę wiele biało-czarnych plamek. I znów jest wielu, którzy mają prawo oczekiwać, że lider środowiska naukowego wykaże nam, czy to prawda, czy szalbierstwo.
Mam żal do profesora Kleibera i wzywam go by powiedział jasno, że ordynarne kłamstwa i kreowanie nieopartych na dowodach tez o zamachu, nie mają nic wspólnego z nauką. Skoro powiedział A, powinien powiedzieć B. Dalsze snucie opowieści o tym, jak to profesor Rońda nie trafił ze swoim poczuciem humoru, niebezpiecznie przybliżają prezesa PAN do zwykłej śmieszności. Wycofanie się z pomysłu konferencji w takim właśnie momencie jest oburzające, bo ktoś kto ma być liderem środowiska naukowego, nie może sobie pozwolić na naiwność i udawanie, że nie ma czego komentować. Od profesora Kleibera mamy prawo oczekiwać, że powie wprost – kłamstwo jest niedopuszczalne, a kłamstwo w nauce przeczy jej sensowi.
Prezes PAN nie może łagodzić kłamstw profesora Rońdy argumentami o jego poczuciu humoru, które „nie zawsze dobrze funkcjonuje”. Nie może uciekać od recenzowania swego kolegi, uznając jego publiczne wypowiedzi za zajmowanie stanowiska w roli jedynie "obywatela", a nie "naukowca". Łagodząc w ten sposób znaczenie karygodnego zachowania pana Rońdy, niebezpiecznie zbliżył się do partyjnie zaangażowanego Piotra Glińskiego. Tak właśnie obaj profesorowie - Gliński i Kleiber - sprzeniewierzają się naukowemu obowiązkowi służenia prawdzie tolerując fałsz i zezwalając na posługiwanie się insynuacjami i relatywizowaniem.
Co gorsza – trzeba rzecz widzieć w szerszym kontekście. Profesor Kleiber nie po raz pierwszy zbliża się do polityki na białym koniu, niczym jedyny sprawiedliwy, bezstronny i merytoryczny fachowiec. I tym bardziej musi mieć świadomość swoich słów i czynów. Był wcześniej ministrem, a później jednym z najbliższych doradców śp. Lecha Kaczyńskiego. Kiedy ostatnio notowania PiS-u poszybowały w górę, profesor nagle zgłosił swój pomysł i został przyjęty niczym mąż opatrznościowy. Wchodząc z pomysłem naukowej konferencji w sam środek politycznego sporu, nie może udawać, że nie widzi absolutnego braku profesjonalizmu u profesorów badających katastrofę smoleńską i ma obowiązek jasno nazwać rzeczy po imieniu. Musi przekreślić wątłe merytorycznie podstawy do działania zespołu Antoniego Macierewicza. Jeśli ostatecznie nie zdyskredytuje Macierewicza, musi być świadomy, że tym samym dyskredytuje sam siebie. Dalsze milczenie to nic innego jak ciche, lecz konsekwentne wspieranie taktyki Macierewicza, którego celem jest mnożenie i potęgowanie wątpliwości. Taka postawa to dla naukowca rzecz karygodna. Wykorzystywanie prestiżu nauki i tworzenie wrażenia, że oto mamy jakiś bastion uczciwych naukowców, przeciw którym rozpętano nagonkę, jest niedopuszczalne. I to na Michale Kleiberze spoczywa odpowiedzialność, aby temu przeciwdziałać. Naszym wspólnym zadaniem powinno być przypomnienie tego faktu profesorowi, żeby nie mógł potem znów chować głowy w smoleński piasek.
