W ostatnim czasie w internecie, w tym również na portalu „NaTemat”, pojawiły się wpisy dotyczące najważniejszego chyba wydarzenia literackiego tego roku, mianowicie wydania przez korporację Ha!art pierwszego pełnego polskiego tłumaczenia ostatniego dzieła Jamesa Joyce’a, słynnego „Finnegans Wake”.

REKLAMA
Przypomnijmy, że książka ukazała się w tłumaczeniu Krzysztofa Bartnickiego jako „Finneganów tren”. Agata Michalak podkreślała na swoim blogu niezwykle ciężką pracę, którą tłumacz wykonał (a także mocno negatywny wpływ tej pracy na jego życie osobiste), z kolei jakieś dwa tygodnie później Dominik Senkowski pisał tutaj o tym, jak Bartnicki, który nie zniósł fali krytyki, przerwał promocję książki i spotkania z czytelnikami.
Nie można zaprzeczyć, że twórczość Joyce’a jest niezwykle trudna. Czy jednak rzeczywiście jest to tylko i wyłącznie „wina” autora (lub ewentualnie tłumacza?). Sam pisarz rzekomo uważał, że jego dzieło „może zrozumieć każdy, kto tylko głośno je przeczyta”. Badacze także dostrzegają, że język, w którym zostało ono napisane, jest „nieregularny i opierać się ma na odpowiednim głosie, sensie i rytmie” — do uzyskania odpowiedniego rytmu konieczne jest zaś właśnie głośne odczytanie. O potencjalnej przyjemności z obcowania z dziełem Joyce’a pisała też niedawno Joanna Sobolewska w „Polityce”, stwierdzając, iż „Finneganów tren” najlepiej jest czytać „w grupie i na głos”.
(http://www.polityka.pl/kultura/aktualnoscikulturalne/1523357,3,gulasz-joycea.read)
Naiwnością byłoby jednak sądzić, że ci, którym nie chce się czytać Joyce’a po cichu, będą robić to głośno, tym bardziej, że do tego potrzeba jeszcze większych umiejętności i kompetencji. A może „Ulisses” i „Finneganów tren” to utwory, które powinny zostać profesjonalne wydanie w postaci audiobooków.
Świetnie, gdyby nadarzyła się okazja, by spytać, co sądzi o tym pomyśle sam Krzysztof Bartnicki…?