Po raz drugi już Korea Północna grozi atakiem na USA. Tym razem wrzuciła na YouTube filmik, na którym kraj prezentuje swoją potęgę militarną i grozi USA. Ale czy jest się czego obawiać?

REKLAMA
Filmik na YouTube, w którym Korea Północna grozi USA, nosi krótki tytuł "Biały Dom spłonie!". Całe przesłanie Korei Północnej to "Burza ognia spadnie na główne kwatery podżegaczy wojennych". W czterominutowym pokazie slajdów – bo ruchomych obrazów jest tam niewiele – władze z Pjongjangu (niegdyś nazywanego Phenianem) chwalą się swoją armią lądową i lotnictwem. Narrator zaś twierdzi, że "nie ma ograniczeń dla zasięgu koreańskich pocisków strategicznych".
Czyli, w skrócie: kto się śmiał z naszych rakiet, ten może nimi teraz dostać.

Koreański filmik to nawiązanie do wcześniejszych wydarzeń. Raptem miesiąc temu w świat poszła wiadomość, że Korea Północna przeprowadziła udaną próbę nuklearną. To zaniepokoiło całe środowisko międzynarodowe. Bo o ile wiadomo było, że Pjongjang intensywnie pracuje nad programem jądrowym dla armii, to nie było pewne, czy tamtejsi naukowcy stworzyli ostatecznie sprawną głowicę. Teraz już raczej nikt nie ma co do tego wątpliwości. Do końca lutego 2013 Korea Północna przeprowadziła łącznie trzy próby jądrowe. Nic dziwnego - pracował nad tym ogromny, liczący 30 tysięcy specjalistów, sztab.
W połączeniu z faktem, że w grudniu Korei Płn. udało się odpalić rakietę dalekiego zasięgu Uhna-3, która z powodzeniem doleciała na orbitę Ziemi, można mieć powody do obaw. Większość ekspertów, z którymi rozmawiałem o tej sytuacji, jednoznacznie stwierdzała: tak, należy się spodziewać, że Pjongjang ma rakiety zdolne przenosić głowice atomowe. A jeśli jeszcze ich nie ma, to długo na to nie będziemy czekać, do kilku lat.
USA słyszały groźby ze strony Korei Płn już 3 tygodnie temu. Wówczas Korea Południowa we współpracy ze Stanami Zjednoczonymi przeprowadzała manewry wojskowe, co Pjongjang uznał za prowokację. "Tych, którzy wszczynają wojny, spotyka żałosny koniec i zniszczenie" – zapowiadał wówczas Pak Rim-su, przewodniczący delegacji Korei Płn. z "wioski rozejmowej" Panmudżon. Wówczas jednak, jak zwykle, groźby nie zrobiły na nikim wielkiego wrażenia – w historii bowiem Pjongjang nie raz i nie dwa szantażował środowisko międzynarodowe.
Żarty z tego, że Korea Północna i tak nic nie może, skończyły się raptem tydzień później. Wtedy Pjongjang zerwał traktaty o nieagresji, zawarte w 1953 roku z Koreą Południową. Władze pod wodzą Kim Dzong Una wyłączyły też wtedy "gorącą linię" z Seulem i zamknęły przejścia graniczne znajdujące się w strefie zdemilitaryzowanej między oboma krajami.
Dzisiaj zaś groźby pojawiają się po raz kolejny. Czy więc USA grozi, że nagle na Nowy Jork albo Waszyngton spadnie rakieta z Korei Północnej? Wątpliwe. Mimo wszystko, nie należy się spodziewać, że Kim Dzong Un już ma środki dające możliwość zaatakowania USA, przynajmniej na razie. Zaś zapewnienie narratora z filmiku, że "nie ma ograniczeń dla zasięgu koreańskich pocisków", wydaje się być rozpaczliwą próbą zapewnienia o własnej potędze. Pomijam już fakt, że Stany Zjednoczone mają dosyć skuteczne metody obrony przed wrażymi rakietami, więc pewnie i z koreańskimi dałyby sobie radę.
Niestety, Korea Południowa już tak spokojna być nie powinna. Pomijając nawet broń nuklearną, która wciąż pozostaje bardziej w fazie spekulacji, niż realnego zagrożenia, to
Konsekwencje próby jądrowej Korei Północnej

Korea Północna na pewno nie będzie dążyć do demilitaryzacji swego kraju. Wręcz przeciwnie, aby utrzymać status quo, władze północnokoreańskie nadal będą utrzymywać w niepewności świat. CZYTAJ WIĘCEJ

Korea Północna i tak dysponuje dość dużymi zasobami broni konwencjonalnej. Na tyle dużymi, że rozpętanie piekła w Seulu nie byłoby dla Pjongjangu żadnym problemem.
Pytanie tylko – czy naprawdę Korea Północna będzie kogokolwiek atakować? Kim Dzong Un, gdy obejmował władze, przez niektórych był uznawany za nadzieję na rozluźnienie obyczajów i polityki Korei Północnej. Takie głosy szczególnie pojawiały się po jego noworocznym przemówieniu. Szybko okazało się jednak, że pod tym względem – przynajmniej póki co – Un jest gorszy od swojego ojca. Zerwanie traktatów o nieagresji jest tego najlepszym przykładem. To po prostu wyraz złej woli politycznej.
Z drugiej strony – Kim Dzong Un wielokrotnie stwierdzał, że kraj ten należy zreformować, głównie pod względem gospodarczym. Tyle, że w jego kraju cud się nie zdarzy, do tego potrzebna jest pomoc. Finansowa, ale i intelektualna, Korea, by wyjść na prostą, potrzebowałaby szeregu głębokich i szokujących dla społeczeństwa reform. Dlatego nie można wykluczać scenariusza, w którym Korea Północna tylko straszy wszystkich naokoło, by – tak jak wcześniej wiele razy się to działo – uzyskać pomoc finansową w zamian za odstąpienie od prób jądrowych. Do tej pory Korea Północna stosowała właśnie taką taktykę: straszyła, obiecywała poprawę, a w zamian otrzymywała pomoc.
Trudno jednak sądzić, że zerwanie traktatów o nieagresji, które dawały półwyspowi koreańskiemu jako taką stabilność polityczną, to przejaw jakiejś głębszej strategii, mającej na celu wyciągnięcie od środowiska międzynarodowego pomocy. Szczególnie, że nawet Chińczycy już mają dosyć niesfornej Północy, potępiły ich próbę rakietową.
Kim Dzong Un bez wyczucia

– Kim Dzong-un to nowy, niesprawdzony w rozgrywkach globalnych przywódca. Nasze doświadczenia z jego ojcem i dziadkiem były zupełnie inne. Oni też lubili wzniecać napięcie i prowokować. Ale obydwaj rozumieli też, jak działa geopolityka. Wiedzieli, jak kontrolować eskalację napięcia i osiągać porozumienie, żeby uniknąć pełnego konfliktu. Kim zdaje się nie mieć takiego wyczucia – mówi Aleksandrze Kaniewskiej w wywiadzie Kenneth G. Lieberthal, amerykański analityk ds. polityki zagranicznej. CZYTAJ WIĘCEJ

Chiny, które do tej pory raczej współpracowały z Koreą Północną, w ostatnich latach się zmieniły – ideologia zeszła tam na dalszy plan, na pierwszy wysunęło się zarabianie pieniędzy. Wymiana handlowa Korei Południowej i Chin rośnie i tak naprawdę Chińczykom ani trochę nie zależy, by na półwyspie rozpętało się wojenne piekło. Bo wtedy pieniędzy nie będzie miał nikt. O innych krajach nie wspominając – wiadomo bowiem, że Zachód, ani nawet Rosja, specjalną sympatią Pjongjangu nie darzą.
Kim Dzong Un na pewno ma świadomość tych uwarunkowań, bo chociaż jest – jak widać – nieobliczalny, to zakładam też, że niegłupi. Niestety, jest też desperatem, po którym powinniśmy spodziewać się wszystkiego. Również tego, że idiotycznie zaatakuje Koreę Południową lub USA, chociaż to pierwsze jest bardziej prawdopodobne. Wtedy jednak nie chciałbym być w jego skórze – bo Stany po takim incydencie nie popuszczą, a i pewnie na arenie międzynarodowej nikt nie będzie protestował przeciwko temu, by władze w Pjongjangu zmieść z powierzchni Ziemi.