
Wojska NATO oddały odpowiedzialność za bezpieczeństwo kraju siłom afgańskim. To jedynie formalność, bo cała operacja trwa od miesięcy. Jednak 18 czerwca 2013 roku to symboliczna data w trwającym od ponad 12 lat konflikcie, ale na pewno nie jest to data kończąca okres niepokoju w tym kraju. Jest wręcz przeciwnie – od czasu zmniejszenia amerykańskiej aktywności liczba ofiar zamachów rośnie.
REKLAMA
Niedziela, 7 października 2001 roku. Około 20.15 polskiego czasu na cele w Afganistanie spadają pierwsze bomby z amerykańskich i brytyjskich myśliwców. Trzy kwadranse później George W. Bush ogłasza wciąż zdruzgotanym atakami z 11 września Amerykanom, że ich kraj rozpoczął operację Endouring Freedom, która ma na celu schwytanie oraz unieszkodliwienie przywódcy Al-Kaidy, Usamy ibn Ladina
W ślad za operacją powietrzną ruszyły wojska lądowe. W pół roku zajęli terytorium całego kraju, chociaż trudno mówić, że cały kraj kontrolowali – w najwyższych partiach gór, które zajmują około 80 procent powierzchni kraju, trudno było zwalczyć rozproszone grupki bojowników.
Jednak w sama inwazja przebiegła sprawnie, przypominając nieco tę późniejszą w Iraku – szybki atak, błyskawiczne opanowanie z niewielkimi stratami w ludziach i później lata chaosu, anarchii i ciągłych ataków. W Afganistanie ich ofiarą padło ponad 2,2 tys. alianckich żołnierzy i kilkanaście razy tyle cywilów (dokładna liczba nie jest znana, bo ONZ prowadzi statystyki dopiero od 2007 roku).
Po początkowym szoku talibowie odzyskali inicjatywę i zaczęli eskalować napięcie. Kolejne inwazje wojsk ISAF, w których uczestniczą też polscy żołnierze, spotykały się z kontrnatarciami talibów. Dlatego też jedną z pierwszych decyzji Baracka Obamy było zwiększenie obecności żołnierzy w Afganistanie o 30 tys. żołnierzy. Jednak koszty – zarówno finansowe, jak i polityczne – sprawiły, że dalsza obecność Amerykanów w kraju jest niemożliwa.
Do końca 2014 roku w Afganistanie zostanie tylko garstka żołnierzy, którzy będą szkolić lokalne siły. W tym samym roku do Polski mają wrócić nasi żołnierze. Wydaje się to pobożnym życzeniem, bo dzisiaj zaledwie jedna z 23 afgańskich brygad jest gotowa do usamodzielnienia się. Wielkim problemem armii są też dezercje – w ciągu roku wymienia się niemal jedna trzecia składu osobowego. Źli żołnierze są zastępowani jeszcze gorszymi. Widać już efekty tego, bo od początku tego roku zginęło o jedną czwartą osób więcej niż rok wcześniej.
Pewną szansą na uspokojenie sytuacji miały być rozmowy pokojowe między talibami, Amerykanami i Afgańczykami. Miały, bo z bliżej niewyjaśnionych przyczyn prezydent Hamid Karzaj zawiesił je. W niedawno założonym biurze talibów w Dausze, stolicy Kataru, mają rozmawiać dwie pozostałe strony. Podstawą do tego była deklaracja, że talibowie nie będą starali się wpływać na bieg wydarzeń w innych krajach, a ich ambicje kończą się na Afganistanie.
Przeczą jednak temu czyny. W zamachu na bazę Bagram zginęło czterech żołnierzy z USA. To doskonale pokazuje, jak trudne może być ustanowienie pokoju. Talibowie nie są scentralizowaną organizacją, nie mają jednolitego dowództwa. To raczej siatka klanów, które nie tylko walczą z amerykańskim okupantem, ale między sobą o wpływy. Stąd też jeszcze długo w tym kraju nie będzie spokojnie, czego moglibyśmy się spodziewać po oddaniu odpowiedzialności za bezpieczeństwo Afgańczykom.
Czytaj także:
