Panie premierze, Wicemarszałek Sejmu z Platformy Stefan Niesiołowski powiedział wczoraj, że boi się homoseksualistów. Mam nadzieję, że taka opinia nigdy nie przeszłaby Panu przez usta. I to nie z politycznej kalkulacji. A jednak sprawia Pan wrażenie, jakby obawiał się Pan homoseksualistów. Gdzie Pan był we wtorek, gdy większość Pana partii wyrzucała do kosza dwa projekty ustaw o związkach partnerskich?

REKLAMA
W 2007 roku oczekiwaliśmy od Pana wielkich i śmiałych reform. Okazało się, że do rangi reform urosło ścibolenie. Oczekiwania zostały więc zredukowane. Wymagaliśmy przynajmniej zapowiedzi dużych zmian, a więc przynajmniej retoryki. Usatysfakcjonował Pan nas expose w 2011 roku, ale było to przemówienie z kategorii "once in a lifetime". Od miesięcy bowiem nie słyszymy nawet zapowiedzi.
Po wczorajszym głosowaniu nad związkami partnerskimi zastanawiam się, czy możemy się spodziewać choćby Pana obecności. Wiem, że premier rządu jest osobą zajętą, ale w ważnych sprawach jego obecność, to nawet nie minimum oczekiwań, ale minimum minimorum.
Głosowanie nad porządkiem obrad nie jest najważniejszym w Sejmie, zwykle jednak ściąga najważniejszych posłów. Z kina wiemy, że głosowanie nad metodą głosowania jest często ważniejsze niż samo głosowanie. Tak było wczoraj. Głosowanie było nie nad samymi związkami partnerskimi, ale nad tym, czy dwie ustawy o nich wpuścić na porządek obrad, żeby posłowie nad nimi debatowali i poprawili je, jeśli trzeba. Wpuszczenie do porządku obrad samo w sobie niewiele oznacza. Ustawę można było zamordować w komisji, albo podczas trzeciego czytania kiedyś w przyszłości.
Wtorkowe głosowanie urosło do rangi symbolu. Być może współpracownicy powiedzieli Panu o reakcji w mediach społecznościowych. O rozczarowaniu i wściekłości liberalnych wyborców. Zarówno wynikiem głosowania, jak i informacją, że tylko 25 posłów Platformy Obywatelskiej poparło ustawy. Argument ich niezgodności
z konstytucją muszę uznać za bzdurny. Po pierwsze marszałek Sejmu Ewa Kopacz głosowała za związkami, po drugie opinię o niekonstytucyjności przygotował prawnik z KUL, po trzecie każdą ustawę można poprawić w komisji. Brak zgodności z konstytucją był pretekstem. Prawdziwym powodem jest przekonanie o śmiertelnym zagrożeniu świętości małżeństwa przez związki partnerskie, albo niechęć do homoseksualistów, którą w naTemat wyraził wprost Stefan Niesiołowski.
Było to głosowanie, które zostanie na długo zapamiętane. Jedne z tych symbolicznych. Każda kadencja zna takich parę. W 2004 roku to był raport z komisji Rywina, potem powołanie CBA, rozwiązanie WSI, samorozwiązanie Sejmu, ustawa emerytalna, oczywiście wotum zaufania dla kolejnych rządów. Głosowań w każdej kadencji są tysiące. W pamięci zostaje kilka. Związki partnerskie zostaną.
Przy okazji zostanie w pamięci Pana pusty fotel. Nie miałbym pretensji, gdyby przyjechał Pan i zagłosował przeciwko ustawie o związkach. Ma Pan prawo do konserwatywnych poglądów. Ale jako lider partii i premier rządu ma Pan jednocześnie
obowiązek je wyrażać. Dzielić się nimi z innymi, ewangelizować innych w tę, czy w inną stronę. Co to za lider, który w momencie symbolicznego głosowania siedzi w gabinecie może dwa kilometry od budynku Sejmu. I w sumie nie wiem, co robi. Kazimierz Marcinkiewicz jako premier publikował swój kalendarz. Pan tymczasem może oglądał telewizję, może grał w tenisa, a może w tenisa na PlayStation.
Wymieniłem dziś kilka SMSów z Pana rzecznikiem prasowym. Paweł Graś nie był zbyt wylewny i poinformował mnie, że miał Pan "inne obowiązki" w czasie głosowania w Sejmie. W kolejnej wiadomości dodał, że "trochę się w ostatnich dniach w Polsce i Europie ważnych rzeczy dzieje". To prawda, dzieje się. Sam jestem zmartwiony informacjami o nasilającym się kryzysie gospodarczym. Ratowanie Polski przed jego skutkami nie wyklucza jednak 15 minut w Sejmie na tym głosowaniu. Z przejazdem w tę i z powrotem to jakieś 20 minut razem. Wierzę, że gdyby w piątek wyleciał Pan te 20 minut na weekend później, to by się wyrównało.
W 2007 roku (w mniejszym stopniu w 2011) miałem wrażenie, że Polska wybiera premiera młodego, premiera epoki internetu. Widzę tymczasem, że Pan premier jest z epoki papieru, reagujący z szybkością papieru, tak mało elastyczny jak papier, tak nierozumiejący nowych zjawisk jak papier. Pana słynne zdanie o opozycji, która wyginie jak dinozaury, widzę to dziś wyraźnie, może dotyczyć także Pana.
Na koniec oczekiwałbym od Pana dotrzymania obietnicy. Nie, nie tej związanej ze związkami partnerskimi. Tą już Pan złamał. W czerwcu 2011 roku powiedział Pan o ustawie o związkach: Wydaje się, że po wyborach będzie znakomity moment, żeby do tego tematu wrócić. Minął rok, Platforma ustawę wyrzuciła, teraz przestraszyła się reakcji, więc na jesień obiecuje kolejną. Kolejne obietnice.
Ja oczekiwałbym dotrzymania innego słowa. 13 miesięcy temu powiedział Pan: Nie mam za grosz tolerancji wobec homofobów, również we własnej partii. Jeśli Pan nie ma tolerancji za grosz, to oczekuję reakcji na wywiad Stefana Niesiołowskiego.
Z poważaniem.