Amerykanie wynaleźli wiele rzeczy, ale napisać chcę o dwóch: o wizach do Stanów i o Twitterze. Ten drugi wynalazek pomógł mi bowiem właśnie rozwiązać poważny problem z tym pierwszym wynalazkiem. Oczywiście nie sam. Po drugiej stronie Twittera był ambasador Stanów Zjednoczonych.

REKLAMA
Skłamałbym pisząc, że sprawę wiz do Ameryki uznawałem dotąd za szczególnie ważną. Nie raz i nie dwa oczywiście zajmowałem się nią w poprzednich firmach. Od lat przecież dziennikarze z zapałem godnym, jak mi się wydawało, lepszej sprawy grilują kolejnych polityków pytając, kiedy wreszcie rozwiążą problem u Wielkiego Brata. Zarówno grillujący, jak i grillowani wiedzą jednak, że to taka gra. Polityk nic nie może zrobić, a dziennikarz musi pytać, bo mu wydawca kazał zrobić temat.
Pamiętam, jak w styczniu 2012 namawiałem jednego z polskich ekspertów od polityki zagranicznej do otwarcia bloga w naTemat. Rozmawiamy u niego w biurze, gdy sekretarka przerwała spotkanie. Przed naszą rozmową doktor wypowiadał się dla pierwszej stacji telewizyjnej o wizach, teraz na dole czekała druga stacja. Doktor powzdychał przy mnie na powtarzający się kilka razy w roku ceremoniał, ale pokornie poszedł go odbyć i wygłosić do kamery tych kilka zdań co zawsze.
Byłem w Białym Domu, gdy Barack Obama obiecał prezydentowi Komorowskiemu, że sprawę wiz załatwi do końca swojej kadencji. Tą obietnicę traktowałem wtedy jako sprawę drugorzędną. W relacjach z Waszyngtonem Polska miała kilka ważniejszych tematów niż ten temat. Wbrew opinii większości nie uważam mojego Narodu za tak wyjątkowy, by Waszyngton zmieniał specjalnie dla nas reguły. Tylko dlatego, że część rodaków ma problem, żeby na czas wrócić z Jackowa.
Ostatnio jednak poważnie w tej sprawie zmieniłem zdanie. Tak, zgadliście! Sam miałem problem z wizą :-)
W sobotniej Gazecie Wyborczej jest tekst o planach stworzenia unii wolnego handlu pomiędzy Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. I stwierdzenie, że trudno wyobrazić sobie wolny handel bez wolnego wjazdu. Polska jest jedynym krajem strefy Schengen, którego obywatele potrzebują wiz do Stanów. A wizy krępują biznes. I właśnie przed kilkoma dniami zdałem sobie sprawę jak bardzo.
Dostawałem wcześniej sygnały ostrzegawcze. Jeden ze znajomych wysyłał niedawno na Facebooku dość desperackie pytania, ile czasu będzie czekał na wizę, bo musi lecieć służbowo do Ameryki. Znajomy miał do wylotu miesiąc, więc go społeczność uspokoiła, że spokojnie da radę. Dziennikarz naTemat miał tydzień. Nie uważam tego terminu za jakiś wyjątkowy. Trudno dla całej redakcji wyrabiać wizy (jedna kosztuje ponad 500 złotych), a przecież nigdy nie wiadomo, co się kiedy zdarzy, kiedy trzeba będzie lecieć.


Sześć dni temu więc dziennikarz naTemat dostał propozycję służbowego wyjazdu do Nowego Jorku. Wyjazd jest za dwa dni (13 marca), dziennikarz nie miał wizy, trzeba ją więc było szybko załatwić. Michał zadzwonił na infolinię wizową, gdzie w zeszły wtorek zaproponowano mu spotkanie na dziś, na poniedziałek. Czyli po sześciu dniach oczekiwania. Na pytanie, czy spotykając się z konsulem w poniedziałek, będzie miał we wtorek w ręku paszport z wizą, pan z infolinii odpowiedział, że to może być problem. Mieliśmy więc poważny problem. I w tej chwili doceniłem negatywne znaczenie wiz dla biznesowych kontaktów z Ameryką.
Bilety do Stanów są drogie. Trudno decydować się na wyjazd nie mając wizy w ręku. Trudno czekać cierpliwie tydzień na wizę, jeśli jest biznes do zrobienia. Co my zrobiliśmy? Najpierw zadzwoniłem do biura prasowego ambasady USA w Warszawie (wyjazd jest w końcu dziennikarski). Biuro uprzejmie mi odpowiedziało, że na rozmowę z konsulem można umówić się tylko przez infolinię. A infolinia swoje.
Postanowiłem sprawdzić, czy mogę przez Twittera wysłać wiadomość ambasadorowi Stanów Zjednoczonych. W końcu wiedziałem, że jest moim twitterowym znajomym. A znajomi sobie pomagają, prawda? Okazało się, że ambasador nie tylko Twittera ma, ale że go używa (jedno nie równa się zawsze drugie). Wymieniliśmy (po polsku) kilka uprzejmych wiadomości 140-znakowych. Stephen Mull był bardzo życzliwy, ja bardzo uprzejmy. Wciąż zaskoczony, że koresponduję z ambasadorem globalnego mocarstwa w sprawie pojedynczej wizy na trzydniowy pobyt w Nowym Jorku.
Nie mogę napisać, co napisał mi ambasador, bo były to prywatne tweety. Mogę napisać, że uważam że jest świetnym gościem, absolutnie bez dystansu, bezpośrednim, w takiej korespondencji nie dystyngowanym i nie urzędniczo odstraszającym. Generalnie takim potocznym wyobrażeniem Amerykanina - człowieka który generalnie jest życzliwy i pomocny.
Ambasador z wizą nam bardzo pomógł. Nie, nie przyspieszył terminu. Nie, nie dawał nam wizy ręcznie. Nie, nie ominął systemu, konsula, ani nic takiego. Podpowiedział co należy zrobić, żeby sprawę zgodnie z regułami i szybko załatwić. I załatwiliśmy.
Jednocześnie ambasador jest jeden, a potrzebujących wiz wielu. Absolutnie nie namawiam nikogo, żeby słał tweety do ambasadora. Marny byłby jego los. Niestety system przyznawania wiz jest starożytny: z infolinią i co najgorsze przelewem na poczcie. Myślałem że Amerykanie wynaleźli zarówno karty kredytowe, jak i PayPal. Na razie cieszę się, że ambasador Mull używa Twittera.
Panie ambasadorze - jest pan naprawdę świetnym znajomym z Twittera, ale system wizowy pana kraju, jak to w tym kraju mówią "sucks". Jest okropnie drogi (ponad 500 złotych za wizę), jest powolny, jest nieprzyjazny dla klienta i jest niegościnny. Jest także nieprzyjazny dla biznesu. W sumie panie ambasadorze jest on po prostu nieamerykański.
Po tej przygodzie będę po każdym spotkaniu przywódców Polski i Ameryki bez skrupułów pytał: A co z wizami?