Od dwóch dni Adam Bielan informuje opinię publiczną o "złamaniu prawa i zasad etyki", które jego zdaniem nastąpi jutro, gdy tygodnik Newsweek wydrukuje wywiad Teresy Torańskiej z nim o Lechu Kaczyńskim. Bielan twierdzi, że nie zgadzał się na publikację, nie autoryzował wywiadu i "bezskutecznie" próbował skontaktować się z Teresą Torańską. 37-letni europoseł postawił poważne zarzuty dziennikarce uznawanej za mistrzynię wywiadu. Teresa Torańska odpowiada na nie w rozmowie ze mną.
REKLAMA
Tomasz Machała: Adam Bielan twierdzi, że nigdy nie udzielił wywiadu "Newsweekowi", a rozmawiał z Panią tylko do książki o Smoleńsku.
Teresa Torańska: Ponad rok temu przeprowadzałam rozmowy z bardzo wieloma osobami, między innymi z PiS. Spotkałam się wtedy z Elżbietą Kruk, Jolantą Szczypińską, Pawłem Kowalem, Karolem Karskim, Joachimem Brudzińskim, Adamem Hofmanem. Moim rozmówcom zawsze mówię, co z tej rozmowy powstanie. Zawsze robię rozmowy w dwóch wersjach - jedna do książki, druga do gazety. Wtedy nie rozmawialiśmy gdzie co się ukaże. Wszystkim – dotąd – wystarczyło, że rozmawiają ze mną i że z tych rozmów powstanie wartościowy i uczciwy tekst. I tak też potraktował nasze rozmowy pan Bielan. Zwracam uwagę, że Adam Bielan udzielił wywiadu mnie, Teresie Torańskiej, a nie jakiejkolwiek gazecie, czy wydawnictwu. O tym, że będzie w Newsweeku poinformowałam go w bezpośredniej rozmowie kilka tygodni temu. Nie wyraził sprzeciwu ani zdziwienia.
Rozmawialiście jesienią 2010 roku?
Nie pamiętam dokładnych dat, choć są do odtworzenia. To była więcej niż jedna rozmowa. Podczas pierwszego wywiadu, umówiłam się z nim na kolejny, po mniej więcej miesiącu. W tym czasie przepisałam cały materiał z naszego pierwszego spotkania i mu dałam. To było ponad 20 stron maszynopisu. Chciałam, żeby książka o Smoleńsku, to było dokładne odtworzenie tego, co działo się w tamtych dniach. Z drugiej rozmowy wyszło mniej więcej kolejnych dwadzieścia stron. Byłam przekonana, że w naszych rozmowach był szczery. Zależało mu, żeby wiernie odtworzyć tamte historyczne dni zarówno fakty jak i emocje. Te wywiady to był zapis historii.
Tej książki dotąd Pani nie napisała?
Cały czas nad nią pracuję. Jej się nie da szybko napisać, ponieważ bardzo wiele trzeba dokładnie sprawdzić. Zależy mi na wiernym odtworzeniu wszystkich istotnych szczegółów. Nawet z ostatnich dni: Radosław Sikorski nie mógł dzwonić na telefon komórkowy Jarosława Kaczyńskiego, ponieważ w tamtym czasie Jarosław Kaczyński nie miał jeszcze komórki, a był w domu. Zależy mi, żeby ta książka została w historii. Stąd ta dbałość o detal. Z zasady spotykam się z rozmówcami kilka razy. Żeby porozmawiać z ambasadorem Bahrem pojechałam do Krakowa i spędziłam tam dwa i pół dnia, a następnych kilka w archiwach kancelarii prezydenckiej.
Poseł Bielan twierdzi w oświadczeniu, że nie ukrywała Pani w czasie wywiadu "negatywnego stosunku" do Jarosława i Lecha Kaczyńskich.
Poznałam braci podczas strajku w stoczni w 1988 roku. Spędziliśmy tam razem dwa tygodnie. To byli bardzo mili koledzy, z ogromnym poczuciem humoru. Stan wojenny łączył ludzi i pomiędzy nami też nawiązała się nić sympatii. Jak dziś spotykam Jarka, to widzę w oczach te ogniki, które coś oznaczają. Między nami jest stosunek ludzi, którzy znają się dziesiątki lat, nawet jeśli się różnią w wielu sprawach
Adam Bielan twierdzi w oświadczeniu, że nie dała mu Pani wywiadu do autoryzacji, a wywiad to: "Zdezaktualizowane, poskładane dowolnie i zupełnie pozbawione kontekstu, zmanipulowane strzępy zdań".
Wszystkie swoje wywiady daję do autoryzacji. W każdej publicznej wypowiedzi podkreślam, że jestem za autoryzacją. Ona bardzo często wzbogaca sens wypowiedzi. Gdy robiłam rozmowę z Joachimem Brudzińskim, to autoryzacja uzupełniła ją o kilka bardzo istotnych szczegółów. Autoryzacja jest potrzebna, żeby doprecyzować niektóre rzeczy. Ja jestem za autoryzacją. Gdy człowiek spontanicznie mówi, to często coś chlapnie bez sensu. A potem jak się zastanowi, to dochodzi do wniosku że trzeba powiedzieć to precyzyjniej.
Więc Adam Bielan dostał wywiad do autoryzacji?
Oczywiście. Zawsze wysyłam wywiady do autoryzacji. Otrzymał go również pan Bielan. Wysłałam mu ten wywiad w styczniu. Niestety pan Bielan przepadł. Zniknął, nie odbierał telefonów, przysłał mi wiadomość, że jest za granicą. Umawiał się, by potem napisać, że się nie może spotkać. Pan Bielan zdecydował się ze mną spotkać dopiero gdy napisałam mu: wysyłam rozmowę do redakcji do druku. Przypuszczałam, że on nie ma zastrzeżeń do tekstu, ale – w trakcie naszego ostatniego spotkania odniosłam wrażenie, że trudno mu podjąć decyzję, że jest – by może - na politycznym rozdrożu. Potrafię to zrozumieć, tylko niech powie wprost, że to co powiedział wcześniej i milcząco akceptował w trakcie wielu spotkań być może nie jest już w jego interesie.
Dlaczego nie autoryzował wywiadu podczas spotkania z Panią?
Spotkałam się z nim i powiedziałam, że idę do szpitala. Nie ukrywałam tego przed nim. Wyciągnęłam tekst i pytam go: gdzie ma Pan uwagi? On odpowiedział: Teraz nie wiem. Jeżeli człowiek ma od kilku tygodni tekst, a on miał, to na czym polega autoryzacja? Na tym, że na tym tekście zaznacza się, które zdania się nie podobają, co jest złe lub nieprawdziwe. Adam Bielan do końca miał tę możliwość.
Inni Pani rozmówcy z PiS autoryzowali wywiady?
Spotkałam się z Joachimem Brudzińskim i to było bardzo dobre spotkanie. Miał spostrzeżenia, które bardzo wzbogaciły tekst. Do Michała Kamińskiego wysłałam tekst e-mailem i to była kwestia zmiany kilku słów. Uzgodniliśmy je przez telefon. Pan Bielan, jeśli miał zastrzeżenia do wywiadu, to mógł je zaznaczyć i przysłać e-mailem, albo przez telefon powiedzieć: Pani Tereso, chciałbym zmienić to, albo tamto. Ja jestem 40 lat w zawodzie, wiele widziałam, rozumiem i wiem, że najważniejsza w zawodzie dziennikarza jest jego wiarygodność i przestrzeganie dobrych obyczajów. Bardzo chciałabym aby politycy, zwłaszcza młodzi, podzielali te zasady.
Co było dalej?
Gdy się rozstawałam z Adamem Bielanem, powiedziałam mu, że następnego dnia idę do szpitala. Odpowiedział, że wywiad jeszcze raz przeczyta. To wszystko dzieje się na początku marca. Po kilku dniach w szpitalu dostaję od niego wiadomość SMS: Szanowna Pani redaktor, wysłałem Pani e-maila. Byłam przekonana, że odesłał mi wywiad po autoryzacji. Napisałam mu więc, że dziękuję i przeczytam za kilka dni. Gdy wyszłam ze szpitala okazało się, że to nie był tekst wywiadu, ale oświadczenie Adama Bielana. Potem były kolejne, każde z groźbą sprawy sądowej.
W ostatnim oświadczeniu Adam Bielan twierdzi, że złamała Pani zasady etyki i prawo, ponieważ publikuje Pani tekst, na którego publikację on się nie zgadza.
Adam Bielan jest europosłem i choć większość z nich nie czyta prawa, to mam nadzieję, że pan Bielan przeczyta artykuł 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Mówi on o wolności słowa. Niech pan Bielan go przeczyta i dowie się, jak jest z autoryzacją wypowiedzi.
Gdybyśmy przyjęli obowiązek autoryzacji taki, jaki proponuje pan Bielan, to dalibyśmy politykom łatwe narzędzie, umożliwiające zablokowanie każdej wypowiedzi. Oni zawsze stwierdzą, że ona jest dla nich kłopotliwa i niewygodna. Polityk nie może decydować o tym, co będzie lub nie w gazecie. Nie politycy decydują, co będzie publikowane. Nie może szantażować dziennikarzy i narzucać treści artykułów. To co robią niektórzy politycy, a w tej chwili Adam Bielan, to jest manipulowanie prasą i próba podporządkowania dziennikarzy ich kaprysom.
Adam Bielan zapowiada pozew i proces.
Mój pierwszy w życiu, proszę bardzo.
Niech mi Adam Bielan wskaże miejsce w wywiadzie nieprawdziwe, w którym naruszyłam jego dobra osobiste lub weszłam w jego prywatność. Dziennikarz jest od tego, żeby przedstawiać ludziom poglądy polityka. Takie jakie są. To jest zadanie dziennikarza. Z Adamem Bielanem spotkałam się jako z politykiem, a więc osobą, która działa w sferze publicznej. Zastanawia mnie teraz o co panu Bielanowi chodzi? I kiedy pan Bielan mówi prawdę? Bo w wywiadzie mówi jedno, teraz próbuje zakwestionować własne słowa. Niefrasobliwość to czy gra?
I na zakończenie chcę przypomnieć opinię profesora Rzeplińskiego, teraz prezesa Trybunału Konstytucyjnego, wcześniej szefa Fundacji Helsińskiej: Ryzyko odmowy autoryzacji, lub jej przewlekania mogą prowadzić do tego, że dziennikarz aby uzyskać wywiad, będzie unikał niewygodnych pytań.
Prasa stanęła na rozdrożu. Proponuję poważną dyskusję o tym, dokąd zmierza dziennikarstwo i czym powinno być dziennikarstwo w obliczu narastającej ingerencji polityków w wolność słowa pod byle jakim pretekstem.

