Ten tekst bierze się ze zdziwienia. Jednego zdziwienia mojego i jednego cudzego. Koleżanka, sporo ode mnie młodsza, zdziwiła się ostatnio, gdy usłyszała, że chodzę w każdą niedzielę do kościoła. - Ooo, to takie ciekawe - powiedziała. I dodała, że nie zna "nikogo", kto by chodził do kościoła. Kilka dni później w Wielki Piątek urządziła urodzinową imprezę. Ja zdziwiłem się dziś, kupując wino w ulubionym sklepie - restauracji, gdy usłyszałem, że po raz pierwszy od założenia lata temu, w tym roku w Wielką Sobotę działają jak w każdą sobotę i mają wiele rezerwacji na wieczór.
REKLAMA
Coś się więc zmienia. Zmieniało się, jak sądzę od dawna, ale ja tego nie zauważałem. Być może wszedłem w nowe grono osób i jestem dla nich tak samo ciekawym przypadkiem, jak one dla mnie. Na pewno te nowe czasy - w których jestem w rosnącym stopniu otaczany przez niewierzących i ta nowa sytuacja, w której jestem szefem i redaktorem naczelnym, stawia przede mną, jako katolika nowe pytania.
Więc tak. Jestem katolikiem, który co tydzień chodzi do kościoła. Mam wrażenie, że taka deklaracja wymaga coraz większej, może nie odwagi, bo wizja papieża Benedykta o chrześcijaństwie w katakumbach się dotąd nie spełniła, ale coraz większej towarzyskiej śmiałości. Kościół jest tak niemodny, tak niefajny, ma tak złą prasę, że chodzić co tydzień może do niego tylko dziwak. Żaden inny tekst dotyczący religii nie miał u nas tylu lajków na Facebooku, co sobotni tekst Nergala, wzywający do niezawracania sobie w Wielkanoc głowy duchem i skupienie się na ciele.
Parę dni temu pisaliśmy o nocy konfesjonałów w Warszawie i musiałem odesłać do poprawki tekst, bo dziennikarz założył, że Paweł Płuska nie będzie chciał się wypowiadać pod nazwiskiem. No tak, kto to widział reportera Faktów TVN chodzącego do spowiedzi. Paweł nie miał z taką deklaracją żadnego problemu. Kolejny dinozaur?
Uznając, że Kościół jest jedyną drogą zbawienia, coraz bardziej krytycznie oceniam go jako instytucję. Reakcja na sprawę funduszu kościelnego wydaje mi się arogancka, arcybiskup Michalik pcha Kościół w stronę, z którą się całkowicie nie zgadzam, arcybiskup Paetz na obradach Episkopatu poświęconych pedofilii to dla mnie policzek, kary jakie spadają na naszego blogera księdza Lemańskiego, to kuriozum, wyjątkowo boli mnie też jakość duszpasterstwa w kościołach parafialnych.
Gdy byłem małym chłopcem chodziłem do spowiedzi, by powiedzieć, że "kłamałem, kłóciłem się z siostrą i nie słuchałem rodziców". Potem dorosłem więc podniósł się poziom mojej refleksji przy konfesjonale. Gdy jestem na mszy w kościele parafialnym mam wrażenie, że kazanie jest właśnie na poziomie "nie słuchałem rodziców, kłóciłem się z siostrą". Nawet w dużym kościele w Warszawie ksiądz potrafi opowiadać tak straszne dyrdymały, że odczuwam je jako bolesną obrazę intelektu. Wakacje są trudne, bo poza dużymi miastami jest jeszcze gorzej.
Mało się więc czuję związany z kościołem diecezjalnym. Jest to właściwie nieformalna schizma. Są oczywiście wspaniali duszpasterze - ksiądz Drozdowicz na Bielanach na przykład, ale dominuje przeciętność. Pewnie tak jak w każdej wielkiej organizacji. Ta organizacja jednak nadal chce być wielka w liczbach, gdy tymczasem coraz jaśniejsze się staje, że powinna być elitarna i wielka nie w kategoriach liczb. Mama zawsze mnie przekonywała, że słysząc złe kazanie nie należy się frustrować, tylko trzeba się pomodlić za kaznodzieję. Jestem człowiekiem słabym. Jakoś mi to nigdy nie wychodziło.
Boli mnie wrzucanie do wielkiego worka "liberalnych - wrogich Kościołowi mediów". Nie jestem zbyt liberalny, nie jestem też wrogiem Kościoła. Oczekuję po prostu od Kościoła więcej.
Schroniłem się w kościele dominikanów. I co tydzień odnajduję w nim słowa i atmosferę, które zbliżają mnie do Jezusa. Liturgia w każdą niedzielę naprawdę daje mi siłę na cały tydzień. Janusz Palikot mówił mi ostatnio w wywiadzie, że musi wyjechać raz na rok do Indii, żeby "ustawić życiowe kompasy". Ja robię to co tydzień w kościele na Freta w Warszawie. O sile pochodzącej z liturgii, komunii, modlitwy trudno mi się pisze, ale naprawdę ją czuję. Niechętny odpustowym zwyczajom kościołów parafialnych, znajduję u Dominikanów mądre słowo i spokojną modlitwę. Mam w domu na ścianie krzyż, w pracy na biurku mały ołtarzyk i jestem szczęśliwy, gdy czasem przypominam sobie, by o 15-stej zmówić Koronkę do Miłosierdzia Bożego.
Jeśli Kościół schodzi do katakumb, to czy ja, jako chrześcijanin powinienem zacząć zachowywać się jak święty Paweł? Owszem, było dla mnie ważne, gdy mojego mało wierzącego przyjaciela raz czy dwa skłoniłem, by poszedł ze mną do kościoła.
Jednocześnie miejsce, w którym jestem, pozycja, którą zajmuje stawiają przede mną trudne pytania. Po pierwsze, czy jako chrześcijanin powinienem w naTemat promować chrześcijańską wizję świata? Czy jako członek Kościoła katolickiego, powinienem forsować naukę Kościoła? Czy katolik, który promuje Nergala powinien się z tego spowiadać? Słyszałem straszny kościelny anty-Nergalowy jazgot, ale nie usłyszałem zbyt wielu mądrych wypowiedzi w tej sprawie. To znaczy słyszałem księdza Bonieckiego, ale szybko Kościół kazał mu się uciszyć.
Zastanawiam się, jaką przypowieść Jezus opowiedziałby dziennikarzom pytającym, jak połączyć Jego nauki z walką o kliki, lub oglądalność. I co jest właściwie ważniejsze: gubiony w walce o kliki szacunek do jakiegoś człowieka (Matka Madzi?), czy oglądalność (i pieniądze) zdobyte dzięki klikom, które pozwalają wypłacić pensje ludziom i utrzymać się na rynku. Czy wiedząc, że pracownik jest w trudnej sytuacji finansowej, płacić mu pensję, choć na nią nie zasługuje, czy zwolnić go, bo ważniejsza jest odpowiedzialność za resztę pracowników. Czy jedna z najbogatszych firm w Polsce zachowuje się moralnie trzymając ludzi na umowach o dzieło, skoro za zarobione setki milionów złotych stać ją na etaty? Właściwie co ma etat do moralności, skoro chodzi w sumie o formę umowy prawnej? Co by Jezus powiedział na znaczne różnice w zarobkach zwłaszcza tam, gdy nie wynikają one z pracy, ale z posiadania. "Rozdaj wszystko i idź za mną" było trudne dla człowieka z Ewangelii i jest trudne dziś. Może raz przez te wszystkie lata słyszałem, jak ksiądz podczas kazania stara się ten temat podjąć.
Zastanawiam się też, czy chrześcijańską moralność w pracy można zredukować do moralności googlowskiej. Czy "don't be evil", nie czyń zła zawiera w sobie wszystkie nauki Jezusa? "Nie czyń zła" nie zawiera wezwania do czynienia dobra, lecz z drugiej strony, czym w biznesie, w którym jak niedawno przyznał jeden z biznesmenów z dużymi sukcesami, prawie nie ma ludzi uczciwych, jest czynienie dobra. Prezes Wiesław Włodarski powiedział Bartkowi Węglarczykowi, że być uczciwym, to właściwie być frajerem. Ja natomiast chcę być jednocześnie katolikiem i człowiekiem sukcesu.
Nie wierzę, że w świecie tak szybkiej informacji, tak zdywersyfikowanych mediów, tak pulsującej sieciowej społeczności, podawanie i forsowanie jednej prawdy ma sens. Od Kościoła oczekuję, że zmierzy się z ambon ze współczesnością, a nie będzie powtarzał swoje: in vitro to morderstwo, prezerwatywy złe, seks przed ślubem to grzech i tak dalej. Gdy tydzień temu w jakimś kościele usłyszałem, że w Wielkim Tygodniu należy wyłączyć telewizor, opadły mi ręce. Nie oglądam telewizji, nie mam czego wyłączać, co chyba jednak nie oznacza, że do Wielkiej Nocy jestem z natury lepiej przygotowany niż namiętni oglądacze.
Wierzę raczej w dyskusję niż w ideologię. Cieszę się, że w naTemat spotykają się Nergal i ojciec Gużyński, ja, a biurko obok dziennikarz, który przygotowuje się do apostazji. Przekonywać powinny argumenty i a nie nakazowo - rozdzielcza polityka informacyjna.
Wszystkim życzę, aby w te święta usłyszeli jakąś, dobrą dobrą dla siebie nowinę. Moja w sobotę wieczorem brzmiała "Alleluja".


