Zespoły parlamentarne zazwyczaj nie budzą większych emocji, czy zainteresowania opinii publicznej. Wszystko zmienił tzw. zespół Macierewicza ds. wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej. I co tu dużo mówić, podważył sens istnienia zespołów parlamentarnych w obecnej formie.

REKLAMA
Osobiście mam dobre wspomnienia z działalności w zespołach parlamentarnych. W swojej pierwszej kadencji w Sejmie przewodniczyłem zespołowi ds. organizacji pozarządowych. To był czas, kiedy w Polsce wykuwały się nowoczesne ramy prawne dla działalności NGO. Powstawała ustawa o organizacjach pożytku publicznego umożliwiająca odpis jednego procenta podatku na ich cel. W zespole spotkali się przedstawiciele różnych klubów poselskich, którym zależało na stworzeniu dobrego prawa. Tak powinny funkcjonować zespoły parlamentarne.
Niestety w obecnej kadencji wygląda to znacznie gorzej. Przede wszystkim mamy do czynienia z niesamowitą inflacją liczby zespołów. Jeszcze w Sejmie poprzedniej kadencji było ich ok. 60. Dzisiaj istnieje już 128 zespołów.
Istnieje, bo w wielu przypadkach trudno mówić o realnym funkcjonowaniu. Dobrze jest jeśli zespół spotyka się raz na kilka miesięcy. Często jest jeszcze gorzej. Np. Parlamentarny Zespół ds. Piastówanio Ślónskij Godki odbył dwa spotkania. Pierwsze – sprawy organizacyjne. Drugie – wybór prezydium. Od ośmiu miesięcy zero aktywności. Zespół ds. Warszawy i Mazowsza nie spotykał się od ponad roku, chociaż w Warszawie mieliśmy referendum, a Mazowsze niemal zbankrutowało. Zespół Profesorów zebrał się tylko na jednym posiedzeniu.
Zespoły można podzielić na kilka grup: regionalne ( np. Dolnośląski, Małopolski, Lubelski, Karkonosko-Izerski), hobbystyczne (Rowerowy, Brydża sportowego, Promocji Badmintona, Przyjaciół Harcerstwa, Wspierania Esperanto itp.), zdrowotne (Diabetyków, Chorób rzadkich, Łuszczycy itp.), zawodowe (Profesorów, Strażaków itp.).
Zespoły te skupiają polityków różnych ugrupowań skupiających się, albo na sprawach ważnych dla swoich okręgów, albo na sprawach ważnych dla ich wyborców, albo po prostu dla nich samych.
Inna kategoria to zespoły, które możemy nazwać politycznymi. Tutaj nie ma już nic o harcerstwie, czy badmintonie. Jest twarda polityka. Przykładowe zespoły to: Parlamentarny Zespół ds. Racjonalnej Polityki Przeciwdziałania Narkomanii , Parlamentarny Zespół ds. Obrony Wolności Słowa, Zespół ds. Świeckiego Państwa. Zespoły te poza politycznym tematem zainteresowań posłów łączy jeszcze jedna cecha. Zazwyczaj składają się z parlamentarzystów z jednego ugrupowania. Czasami zdarzy się jeden rodzynek z innego klubu. Ale i to nie zawsze. Oczywiście do tej grupy zaliczamy też słynny Zespół Parlamentarny ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy TU-154 M z 10 kwietnia 2010 r. 102 posłów. Nikogo spoza PiS.
Moim zdaniem takie zespoły nie maja swojej racji bytu. Oczywiście posłowie mają pełne prawo spotykać się i dyskutować nad wyżej wymienionymi tematami. Ale niech robią to w ramach swoich struktur klubowych, czy partyjnych. Skoro i tak nie zapraszają nikogo spoza partyjnego grona, to po co do całej sytuacji mieszać Sejm?
Działanie pod płaszczykiem zespołu parlamentarnego nie jest jednak przypadkowe. Popularność tej formy działalności politycznej wynika z faktu z chęci zdjęcia ze swoich działań łatki partyjności.
Bądźmy szczerzy, posłowie często liczą na dezorientację opinii publicznej, która pomyli nic nie znaczący zespół parlamentarny z komisją, czy nawet komisją śledczą, czyli instytucjami o szerokim zakresie działania, wymienionymi w Konstytucji. Nie przez przypadek członkowie i sympatycy zespołu Macierewicza sami nazywają go komisją. Ma to podwyższyć rangę ich spotkań, opiera się jednak na chęci wykorzystania społecznej dezorientacji.
Co zatem robić? Opcja zerowa nie wchodzi raczej w grę. Ze swojej strony proponuję wprowadzenie zasady, że posłowie jednego klubu nie mogą stanowić np. więcej niż połowę członków zespołu. Wówczas unikniemy zamieniania zespołów parlamentarnych w partyjne przybudówki. A posłowie, którzy chcą szukać porozumienia ponadpartyjnego w ważnych dla nich sprawach, będą mogli działać w spokoju.