Smoleńska działalność Antoniego Macierewicza i jego zespołu, a także podsycana przez część publicystów i niektóre tytuły wiara w zamach, jest jadem, który sączy się w polskie życie publiczne, pomniejszając nas wszystkich, a nade wszystko – który zatruwa pamięć o Zmarłych, robiąc z nich aktorów politycznej makabreski.

REKLAMA
Wywodzić, że samolot, który zagłębiał się w gęstniejącą mgłę, pozbawiony kontaktu wzrokowego z ziemią, zbliżający się z wolnej woli pilota w kierunku klepiska, służącego za lotnisko i pozbawionego elementarnych urządzeń, wbrew ostrzeżeniom tak załogi dziadowskiego lotniska jak i kolegów-pilotów, którym cudem udało się wcześniej wylądować - otóż wywodzić, że taki samolot nie uległ katastrofie, ale że były jakieś dwa wybuchy, których nikt nie zarejestrował i śladów po materiałach wybuchowych nikt nie odkrył, a to wszystko, by zamordować Prezydenta (a przy okazji polityków wszystkich opcji), zbliżającego się do końca swej kadencji i odnotowującego rekordową niepopularność – jest przejawem albo wyjątkowo złej woli albo bezbrzeżnej głupoty.
Opierać sie przy tym na badaniach i wyliczeniach osób, które nigdy nie zbadały niczego na miejscu, a z gabinetów trzeciorzędnych uczelni lub instytucji zagranicznych wyliczyły, że katastrofa była niemożliwa, bo przecież samolot jest ciężki a brzoza cienka – jest przejawem cynizmu jeszcze większego albo zacietrzewienia jeszcze głębszego.
O samej katastrofie nie będę jednak pisać, bo nie chcę ponad potrzebę ruszać pamięci ofiar, wśród których znalem kilkoro. Ale zastanawiam się, co to mówi o polskiej polityce?
Z jednego punktu widzenia - stosunkowo niewiele. Macierewicz i jego zespół to z punktu widzenia polskiej opinii publicznej - margines; folklor w sumie mało niebezpieczny, choć obraźliwy dla rozumu. Z innego jednak punktu widzenia – jak najgorzej. To prawda, że w każdym kraju są ludzie, gotowi uwierzyć we wszystko, byle tylko potwierdziło to ich wcześniej wyznawane obawy, niechęci i paranoje. Ale nie w każdym kraju wyznawcy takich teorii docierają sie ze swoimi wynurzeniami na pierwsze strony gazet czy do czołowych programów publicystycznych w poważnych rozgłośniach. Może dlatego, że w innych krajach orędownikami takich teorii nie są parlamentarzyści z głównej partii opozycyjnej, ale wydawcy gazetek drukowanych w garażu, ekscentryczni blogerzy lub mówcy w miejscach typu Hyde Park.
Nie jest to co prawda „jad co nas będzie pożerać”, by zacytować Wieszcza, ale jad co nas będzie ogłupiać i brukać.