Niezbędna jest szybka interwencja Sejmu. Powinien on wyrazić konstruktywne wotum nieufności do premiera Glińskiego, zmuszając go w ten sposób do przyspieszenia prac nad kompletowaniem gabinetu.

REKLAMA
W przeciwieństwie do dwóch innych ważnych krajów, które właśnie skompletowały sobie władzę wykonawczą na najbliższe kilka lat, czyli Stanów Zjednoczonych i Chin, Polska pozostaje w stanie politycznego zawieszenia. Jak bowiem ogłosił kilka dni temu techniczny kandydat na premiera rządu PiS (albo kandydat PiS-u na premiera technicznego rządu, już nie pamiętam, ale to nie szkodzi, bo oba określenia mają tyle samo sensu), „rząd nie jest jeszcze skompletowany”. Tak właśnie powiedział, nic nie zmyślam:
Ważne to oświadczenie zostało jakoś przemilczane zarówno przez media głównego nurtu (rządowe, uległe) jak i niezależne (drugo-obiegowe, niepokorne). A szkoda, gdyż każdemu krajowi, a już osobliwie Polsce, jakiś rząd by się jednak przydał. Co prawda mieliśmy w naszym regionie kilka lat temu sytuację, że Czechy były przez wiele miesięcy pozbawione rządu, stając się w ten sposób największą w Europie Wschodniej organizacją pozarządową, ale jednak Polska to nie Czechy – i bardzo dobrze. Nasz zmysł wolności, anarchistyczna dusza tudzież czerep rubaszny domagają się jakiegoś wzięcia w ryzy, najlepiej przez techniczny rząd.
Dlaczego PiSowsko-techniczny Premier nie jest w stanie skompletować rządu – tego nie wyjaśnił, choć dodał, że ma już poważne “zaplecze eksperckie” dla swojego „projektu politycznego”, jak skromnie nazwał kompletujący sie z mozołem rząd techniczno-PiSowski. No ale to niewielka sztuka, bo profesorowie Zybertowicz, Krasnodębski i Fedyszak-Radziejowska i tak służyli Polsce swą mądrością, szczodrze i gorliwie, nawet przed powołaniem technicznego Premiera. Może wpłynęła na to niespieszna rozwaga, cechująca technicznego premiera (nad samą propozycją przyjęcia nominacji od Jarosława Kaczyńskiego zastanawiał sie był, jak potem wyznał, „pięć czy sześć tygodni”); być może – nikt specjalnie nie rwie się do stanowisk rządowych w technicznym gabinecie Premiera Glińskiego. A być może nie ma też jasności co do długości smyczy, na której prowadzony będzie ten rząd. Wydarzenia z gorącego dnia trotylowego, kiedy to techniczny Profesor Gliński najpierw wyraził brak ukontentowania stwierdzeniami swego Pryncypała o niebywałej zbrodni smoleńskiej, ale zaraz potem wycofał się i powiedział, że hipoteza o zamachu jest wielce uprawniona – wskazują, że ta smycz może być krótsza, niż technicznemu kandydatowi na początku się wydawało. No ale przynajmniej nie podzieli w najbliższym czasie, tylko dopiero nieco później, losu renegatów Kaczmarka, Dorna, Ziobry, Migalskiego, Hoffmana i innych. (Że Hoffmana jeszcze nie wyrzucili? Spokojnie, wyrzucą… Tak mi w każdym razie donoszą cztery niezależne źródła).
Co więc robić? Jak się wydaje, niezbędna jest szybka interwencja Sejmu. Powinien on mianowicie wyrazić konstruktywne wotum nieufności do premiera Glińskiego, zmuszając go w ten sposób do przyspieszenia prac nad kompletowaniem gabinetu (wraz z poczekalnią), lub do przedłożenia swemu Pryncypałowi wniosku o znalezienie innego technicznego Premiera i przekazanie mu właściwej teki, oprawnej najlepiej w skórę cielęcą, garbowaną.
A odchodząc na koniec od tonu prześmiewczo-ironicznego, który w trakcie pisania niniejszego tekstu mnie już samego znudził, powiem tak: Profesor Gliński przekonał się właśnie, co to znaczy wchodzić w układy z Jarosławem Kaczyńskim: zamiast dalej odgrywać sztukę o technicznym, racjonalnym, pragmatycznym rządzie – musi firmować smoleńskie szaleństwo Prezesa. Po co mu to było? Piszę to z dużą dozą empatii, jak profesor o profesorze. Wiem, że życie akademickie jest śmiertelnie nudne – ale żeby aż tak? No chyba, że profesor bardzo lubi być premierem, tak jak ów bohater Gogola, który bardzo lubił być gubernatorem. Jeśli tak – to rozumiem, przepraszam i już dokuczał nie będę.